90′ Festival 2017

18 sierpnia 2017
piątek, godz. 01:11

Pamiętam, że gdy usłyszałam po raz pierwszy o 90’s Festival, poczułam szybsze bicie serca. W końcu ktoś to zrobił, w końcu muzyka mojej młodości zaczyna wracać do łask i od imprez rozpoczyna się przejście do koncertów. Tyle tylko, że ani czerwiec, ani dwudniowy festiwal, ani Bielsko-Biała specjalnie mi nie pasowały (wiem, znowu marudzę, ale mam już swoje lata). Przede wszystkim chodziło o dwa dni – jeśli miałabym pojechać, to na oba, a to już wiąże się z pewnymi kosztami i koniecznością wzięcia urlopu. Chyba jednak jestem już za stara, pomyślałam. Poza tym po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że i tak wiele zespołów nie występuje już w oryginalnych składach, a oglądanie lip-synców czy po prostu innych ludzi wykonujących utwory z tamtych lat mija się, moim zdaniem, z celem. Z tego też powodu ominęłam najntisowy koncert, który miał miejsce w grudniu 2016 roku w Warszawie. Captain Jack – całkowicie nowy skład, La Bouche – połowa składu (jak wiadomo Melanie Thornton nie żyje), najbardziej jednak serce złamało mi 2 Unlimited, z którego kilka miesięcy przed koncertem odeszła/została usunięta Anita Doth. Nie było sensu pchać się na to wydarzenie dla samego Dr Albana – jestem pewna, że prędzej czy później i tak go w końcu zobaczę. W tym roku co nieco się jednak zmieniło. Po pierwsze – spontanicznie zaliczyłam mój pierwszy eurodance’owy koncert w postaci czerwcowego Fun Factory, który sprawił mi tyle radości, że aż nie mogłam się nadziwić. Po drugie – ostatnie pół roku upłynęło mi pod znakiem, ekhem, Scootera. Szukałam tanecznej muzyki, przy której można maszerować w określonym tempie i mój pierwszy wybór padł właśnie na to niemieckie trio. Efektem była nie tylko pewna marcowa sobota spędzona z YouTubem i Wikipedią na wspominaniu młodości i nadrabianiu straconych lat, ale i późniejsze miesiące, kiedy to np. zamiast przygotowywać się psychicznie do koncertu Depeche Mode, wolałam słuchać „Oi!” i „Mary got no Lamb”. Kiedy w ostatnich tygodniach doszło nawet do tego, że zakochałam się w „Move your Ass!”, powiedziałam sobie: dość! Trzeba się zorientować czy Scooter nie gra przypadkiem w Polsce. I w ten oto sposób trafiłam na czwartą edycję 90’Festival. Kupiłam bilet jakieś 2 tygodnie przed wydarzeniem, wpadłam więc w ostatnią, najdroższą pulę biletów Golden Circle, ale co tam. Raz się żyje, pomyślałam. Zwłaszcza, że tegoroczny festiwal trwał zaledwie jeden dzień i został przeniesiony do Katowic – do Doliny Trzech Stawów, a dokładniej w to samo miejsce, w którym już byłam z okazji OFF Festivalu, więc też trochę łatwiej było mi się połapać. Tym razem wybrałam pociąg w obie strony, żeby przynajmniej na czasie podróży trochę zaoszczędzić. Miałam wylądować w Katowicach o 12:22 z nadzieją, że załapię się na konferencję prasową, ale mój pociąg już na wejściu miał 40 minut opóźnienia, które potem zwiększyło się do godziny. Ponadto towarzystwo grupki pijanych młodzieńców za plecami, którzy nie reagowali na upomnienia ze strony konduktorów, nie należało do najprzyjemniejszych. Zwłaszcza, że finisz był taki, jak zawsze gdy za dużo się wypije… Po opuszczeniu pociągu nie było już nawet sensu biec na konferencję, więc poszłam od razu do Galerii Katowickiej na jedzenie. I tam doszłam do wniosku, że chociaż na konferencję się spóźniłam, to jeśli chodzi o sam festiwal przyjechałam bardzo wcześnie. Dlatego po obiedzie pozwoliłam sobie jeszcze na kawę (podwójne espresso naprawdę zdziałało cuda) a gdy w końcu wyruszyłam do Doliny Trzech Stawów, zboczyłam jeszcze na chwilę do kolejnego centrum handlowego – 3 Stawy – na ostatnią wizytę w toalecie w kulturalnych warunkach. Następnie bardzo niespiesznym krokiem ruszyłam na miejsce. Oczywiście festiwal to nie koncert, a taki festiwal to nie Open’er, dlatego nie musiałam stać w żadnej kolejce do wejścia i całe przejście poszło szybciutko. Zrobiłam rozeznanie w terenie i właściwie trzeba było już iść pod scenę.

Koncerty rozpoczęła Kasia Lesing, nieodłącznie w towarzystwie Jamrose. W młodości nie słuchałam żadnego z nich, ponieważ właściwie w ogóle nie słuchałam polskiego dance’u, ale oba nazwiska oczywiście kojarzę i chociaż „Wielkiego błękitu” ani „Do the dance” nie słyszałam 20 lat, to bez problemu je rozpoznałam. Kasia Lesing wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Występ rozpoczęła utworem „Szminka i tusz”, którego w ogóle nie znałam, ale który brzmiał naprawdę genialnie. To zdecydowanie dobra piosenka, która mimo upływu lat cały czas się broni. To lata 90-te w najlepszym wydaniu. Było i tanecznie, i melodyjnie. Miałam nawet wrażenie, że Kasia śpiewa na żywo, ale później zwątpiłam. Stojąc przy scenie czasem naprawdę bardzo trudno to rozpoznać. Po krótkiej przerwie do Kasi dołączył Jamrose, by przy jej udziale wykonać kilka swoich dance’owych kawałków. Pamiętam, że projekt Macieja Jamroza był bardzo popularny i święcił triumfy w programie Polonii 1 „Power Dance”, natomiast ja go nie znosiłam. Odstraszała mnie chyba głównie strona wizualna i fryzura Macieja, która mówiąc delikatnie, nigdy nie powinna się wydarzyć, a już na pewno nie w połowie lat 90-tych. Teraz jednak, po 20 latach, Jamrose prezentuje się naprawdę świetnie. Doskonale ubrany, dobrze ostrzyżony, fajny facet. Naprawdę życzę jemu i Kasi powodzenia.

Po jedynych polskich wykonawcach na scenie pojawił się inny Polak – DJ Marco, który swoim setem całkiem nieźle podkręcił klimat. Naprawdę bardzo chętnie poszłabym kiedyś na imprezę prowadzoną przez niego. Najbardziej ujęło mnie „Generation of love” Masterboy, które uwielbiam (niestety teraz będzie mi się kojarzyć z chickenburgerem, którego wcinałam akurat w momencie, gdy ten zacny utwór poleciał w eter). DJ Marco zaprezentował swój set jako pierwszy, później DJowali jeszcze Jam El Mar, DJ Quicksilver i Da Hool. Zaskoczyła mnie ogromna powtarzalność tych setów. Powiedziałabym, że najbardziej hitowo grał DJ Marco, ale jednocześnie jakościowo jego set był najsłabszy (jakby grał ze słabych empetrójek). To podczas jego występu usłyszałam po raz pierwszy Darude i „Sandstorm”, które wyrosło na prawdziwy hymn tego festiwalu. Każdy kolejny DJ włączał ten utwór do swojego setu. Autentycznie słyszałam „Sandstorm” cztery razy. Dwukrotnie pojawił się Gigi D’Agostino z „L’Amour Toujours”, dwukrotnie „Children” Roberta Milesa, dwukrotnie „Insomnia” Faithless, dwukrotnie „Toca’s miracle” Fragmy (gdybym pisała zaraz po zakończeniu festiwalu wymieniłabym jeszcze więcej takich powtórek). Momentami, które najbardziej zapadły mi w pamięć spośród wszystkich setów była „Insomnia” zagrana przez Jama El Mara (w sumie to niesamowite, że słyszałam ten utwór na żywo w oryginalnym wykonaniu, a teraz zdarzył mi się kolejny raz w warunkach festiwalowych) oraz „Don’t you want me” autorstwa Feliksa, również w tym samym secie. Ten motyw nigdy mi się nie znudzi a słyszany w tak wielkiej przestrzeni i z tak dobrym nagłośnieniem, robi ogromne wrażenie. Do tego nienawidzone przeze mnie w latach swojej świetności, ale jednak dla mnie kultowe „Meet her at the Loveparade” Da Hoola, a także chyba największe zaskoczenie (także w jego secie) – „Enjoy the silence”. No cóż, przytaczając nazwę jednego z wątków na Polskim Forum Depeche Mode: „Depeche Mode wszędzie”. Ponieważ koncerty odbywały się w ekspresowym tempie a pomiędzy nimi były naprawdę minimalne przerwy, wykonawcą, którego zdecydowałam się odpuścić, by pójść coś zjeść, został DJ Quicksilver. Jakby nie patrzeć – nigdy go nie słuchałam. „Belissima” ani „I have a dream” nie robiły na mnie wrażenia w latach 90-tych, ani nie robią teraz. Aczkolwiek set był całkiem ok.
Sety DJskie stanowiły swoisty przerywnik pomiędzy właściwymi koncertami. Po DJ Marco wystąpił Gary B. z duetu Maxx. To był akurat jeden z tych zespołów eurodance’owych, który oczywiście doskonale pamiętam, ale którego nigdy nie słuchałam. Ot, taki duecik jak wiele innych, który tak naprawdę skończył się po wydaniu drugiego singla. Ale ale – na żywo wszystko wygląda inaczej. Właściwie jeszcze przed rozpoczęciem jakichkolwiek koncertów załapałam się jeszcze na soundcheck Gary’ego i już wtedy wiedziałam, że będzie mi się podobało. Wstrętne playbacki płatały Gary’emu na początku występu figle, ale w końcu doszedł z nimi do ładu i rozpoczął się naprawdę fajny występ. Zresztą muszę przyznać, że przygotowując się do festiwalu i słuchając (po raz pierwszy!) jedynego albumu tego zespołu doszłam do wniosku, że jednak trochę go nie doceniłam. Kto wie, gdybym kupiła ich kasetę w latach 90-tych mogłabym ją naprawdę polubić, aczkolwiek w moich przygotowaniach i tak nie dotarłam do najlepszej piosenki z całej dyskografii Maxx. Jakimś cudem umknęło mi „Move your body” (pewnie dlatego, że nie było go na płycie, a ukazał się dopiero jako późniejszy singiel), bardzo mocno inspirowane brzmieniem Reel 2 Real i choć totalnie niepodobne do poprzednich singli duetu, to jednak genialnie taneczne. Słyszałam ten utwór po raz pierwszy właśnie na festiwalu i bardzo, bardzo żałuję, że nie poznałam go te 20 lat temu. Brzmiał po prostu fantastycznie. Uwielbiałabym go w latach 90-tych. Mimo początkowych problemów technicznych występ Gary’ego uważam za bardzo udany. Podczas tego koncertu bardzo wyraźnie słyszałam, że partie wokalne wykonywane są na żywo, a zawsze to doceniam. Momentami Gary wspomagał się playbackiem, ale generalnie większość wokali była naprawdę live. Partie żeńskie wykonywała Gwen Thomas, która sama przyznała, że w czasach, gdy swą karierę zaczynał headliner festiwalu – Scooter – ona była jeszcze bardzo, bardzo mała. Linda Meek, czyli najbardziej znany głos Maxx, obecnie sama używa nazwy zespołu, współpracując z nowym raperem, dlatego też Gary B., dla rozróżnienia, podpisuje się po prostu własnym pseudonimem. O ile jednak Linda wskrzesiła nazwę Maxx w 2016 roku, o tyle dla Gary’ego to był zdaje się pierwszy występ po bardzo długiej przerwie. Szczerze mówiąc nie nastawiałam się jakoś specjalnie na ten koncert, bo istnieje we mnie jakieś takie głębokie przekonanie, że wokalistki w muzyce eurodance były ważniejsze od raperów, ale ostatecznie Gary bardzo mnie do siebie przekonał. To on wygrał, nie Linda. Występem w Katowicach udowodnił, że w tym duecie trudniej jest zastąpić jego raggamuffinowy styl rapowania niż damski wokal w refrenach.


If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

Zaraz po Maxx na scenie pojawił się (obecnie) duet Real McCoy. I w tym przypadku próżno było szukać na scenie Patricii Petersen, Vanessy Mason czy Lisy Cork, a więc najbardziej znanych twarzy zespołu. Obecnie ich miejsce zajmuje Karin Kasar czyli wokalistka, której głos faktycznie można usłyszeć w największym hicie zespołu, „Another night”. Tak więc Real McCoy okazał się kolejnym eurodance’owym spadkobiercą praktyk Milli Vanilli. I ten występ zaczął się od problemów technicznych, tym razem z niedziałającym mikrofonem podczas „Pump up the jam”, który według słów O-Jay’a nigdy wcześniej nie był wykonywany live. Przynajmniej dzięki temu było widać, że chociaż część wokali wykonywana jest na żywo. Olaf okazał się bardzo rozmownym gościem, dużo zagadywał do publiczności, żartował z ziewającego faceta i ze swojego wieku, a w pewnym momencie zniknął zupełnie ze sceny, by po chwili pojawić się wśród publiczności. I to nie w fosie, tylko naprawdę między ludźmi. Dosłownie był na wyciągnięcie ręki. Chociaż wcześniej nie byłam jakoś specjalnie entuzjastycznie nastawiona do wiecznie uśmiechniętej Karin, która swoją drogą sądząc po filmikach na YouTube, też śpiewa głównie z playbacku, to jednak na koncercie bawiłam się wyśmienicie. Twórczość Real McCoy znam dość dobrze, więc z uśmiechem na ustach wyśpiewywałam „Automatic lover”, „Love and devotion”, „Come And Get Your Love” a zwłaszcza „Run away”. Tu nastąpił chyba efekt „Walking in my shoes” (odsyłam do moich wspomnień z koncertu Depeche Mode w Warszawie w 2013r.) – nigdy jakoś bardzo nie lubiłam tej piosenki, a na żywo darłam się na niej i tańczyłam jak głupia. To był bardzo, bardzo fajny koncert, wesoły i pozytywny. Wróciła masa wspomnień.


If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

Kolejnym artystą, który pojawił się na scenie był niemiecki DJ i producent Jam El Mar, czyli połowa nieistniejącego już (z racji śmierci Marka Spoona) duetu Jam & Spoon. Jam zaprezentował bardzo, naprawdę bardzo długi set, który chociaż brzmiał o lata świetlne bardziej profesjonalnie od setu poprzedniego DJa, czyli DJa Marco, to jednak trochę mnie znudził. Czekałam przede wszystkim na to, aż na scenie pojawi się Plavka. Nie lubiłam „Right in the night”, gdy święciło triumfy na European Top 20. Uważałam, że ta piosenka jest jakaś dziwna. Niby szybka, ale nie do końca taneczna, i w dodatku została zobrazowana klipem, który mnie trochę przerażał. A teraz – może nie uwielbiam, ale bardzo lubię, zwłaszcza zwrotkę. Plavka wystąpiła w różowej, długiej sukni, zakrywając swoje boskie nogi, ale za to eksponując doskonałą figurę. Mimo 50-tki na karku to ciągle piękna kobieta. I – co się chwali – wszystko śpiewała na żywo. Nie do końca brzmiała, jak na płytach, ale to chyba kwestia ćwiczeń i rozśpiewania. O ile dobrze pamiętam, wykonała cztery utwory: „Find me (Odyssey to Anyoona)”, „Angel (Ladadi O-heyo)”, „Kaleidoscope skies” i oczywiście „Right in the night”, na końcu którego zaprosiła na scenę swoją córkę Jade.


If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

Gdy zapadł mrok sceną zawładnęli Fun Factory. Widziałam ich niecałe 2 miesiące wcześniej, więc już wiedziałam czego się spodziewać i aż tak nie czekałam na ich występ. Ten koncert minął mi bardzo szybko, o wiele szybciej niż ten czerwcowy. Pewnie też dlatego, że nie delektowałam się każdą piosenką tak, jak wtedy. Zresztą wydaje mi się, że w Warszawie zaśpiewali przynajmniej o jeden utwór więcej. Podczas występu Plavki, a później także Fun Factory oświetleniowiec chyba zaspał. Zrobiło się już zupełnie ciemno, a światła na scenie były, mówiąc delikatnie, dziwne. Było po prostu ciemno. Poprawiło się dopiero mniej więcej od połowy koncertu FF.
Tymczasem Fun Factory to istna petarda. To są ludzie, którzy na scenie czują się jak ryba w wodzie. Oni po prostu znajdują się we właściwym miejscu a ich nazwa naprawdę doskonale do nich pasuje. Toni Cottura jest mistrzem w rozkręcaniu imprez. To prawdziwy wodzirej, który potrafi sprawić, że publiczność krzyczy ile sił w płucach, skacze albo macha rękoma. Nic dziwnego, że został wybrany na współprowadzącego cały festiwal. W tej roli zdecydowanie przyćmił Pawła Donbacha z Radia Vox FM. Ten człowiek kradnie cały show. To on jest panem na scenie. A między nim, Steve’m, Ski i Balcą naprawdę czuć chemię. Oni lubią się nawzajem i lubią to, co robią. Tyle tylko, że znów słychać było ten cholerny playback. O ile sekcje rapowe wykonywane są przynajmniej częściowo na żywo (a na pewno wiele rzeczy panowie wykrzykują), o tyle Balca rusza tylko ustami. Wielka szkoda, bo pomiędzy piosenkami, prezentuje się acapella i brzmi wtedy bardzo dobrze.


If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

Po Fun Factory miał wystąpić U96, ale niestety z powodów zdrowotnych Alex Christensen nie dotarł. Nie wiedziałam tak do końca czy jego występ mnie trochę nie znudzi, ale po innych setach DJskich doszłam do wniosku, że jednak wielka szkoda, że nie pojawił się na festiwalu. Mam nadzieję, że może przyjedzie za rok. Gdy na jego miejscu pojawił się DJ Quicksilver (do którego dołaczyła Balca Tözün z Fun Factory, która wskoczyła obok niego za DJkę żeby potańczyć i się pobawić) pomyślałam, że wszystko przesunie się o godzinę do przodu i festiwal przez to wcześniej się skończy, ale nic z tych rzeczy. Nawet nie wiem do końca jak to się stało, ale czas między jego występem a koncertem głównej gwiazdy wieczoru został dość konkretnie wypełniony – m.in. występem bielskiej wokalistki Jovi, która zaśpiewała hymn festiwalu – tak, że miałam wrażenie, że to wszystko zostało z góry zaplanowane.

Scooter pojawił się na scenie zgodnie z rozkładem – o północy. To on przyciągnął największe rzesze fanów, choć grał również na poprzedniej edycji festiwalu. Już od pierwszych koncertów w przerwach publika skandowała charakterystyczne „Tu tu tu tu rurutu tu” z „Maria (I like it loud)” (tak na marginesie to nawet nie jest piosenka z lat 90-tych). W internecie pojawiły się narzekania na długość koncertu, który zaplanowano na jedną godzinę. Kiedy jednak w ramach przygotowań ułożyłam sobie playlistę z utworów, które ostatnio wykonywali panowie okazało się, że trwa ona właśnie około 60 minut. Utwory Scootera są po prostu krótkie, ale przy tej intensywności godzinny koncert jest idealny. Naprawdę nie czuć, że to tylko godzina. Człowiek w tym czasie zdąży się wyszaleć, wyskakać i wyśpiewać jak na koncercie przynajmniej dwa razy dłuższym. Na tle wszystkich pozostałych wykonawców Scooter to jednak prawdziwa gwiazda. To chyba jeden z niewielu, o ile nie jedyny przedstawiciel muzyki tanecznej z lat 90-tych, który cały czas wydaje płyty (i to z oszałamiającą regularnością) i cały czas pozostaje na szczycie. To jest zespół, który potrzebuje kilkunastu minut żeby rozstawić się na scenie. To jest zespół, który daje show, który ma własne tancerki, własnych tancerzy, własny ogień (tak, tak, czułam go na własnej skórze), serpentyny i konfetti. Moja droga do Scootera była długa, ale muszę przyznać, że znam ich i pamiętam od samego początku ich kariery – od znienawidzonego przeze mnie „Hyper hyper”, przez ukochane „I’m raving”, zabawne „Aiii shot the DJ” , poważne „Lass uns tanzen” aż po przebojowe „Mary Got No Lamb” i zawadiackie „Oi!”. Aż trudno uwierzyć, że od czasu, gdy po raz pierwszy zobaczyłam ich na Vivie minęły 23 lata. W tym czasie H.P.Baxxter z ravera zmienił się w rockmana w skórzanej kurtce i obcisłych jeansach, a muzyka zespołu, którego skład ewoluował kilkukrotnie, czerpała natchnienie z hard rocka, country, disco czy muzyki operowej, pozostając jednak cały czas hardkorowo taneczna. I tak oto spotkałam się z kolejną legendą. Tak, właściwie, biorąc pod uwagę fakt, że znam ich przez 2/3 mojego życia, są już dla mnie legendą. Wreszcie zobaczyłam na żywo to, o czym czytałam w Bravo. Te miny, gesty, wyszczerzone zęby i gitarę podczas „Fire”, która jednak niestety nie strzelała sztucznymi ogniami. Ale to nic. Show rozpoczęło się od bardzo długiego intro, po którym rozległy się dźwięki najnowszego singla tria – „Bora Bora Bora”. Szczerze mówiąc nawet nie zauważyłam, kiedy H.P. pojawił się na scenie. Był dym… i nagle go zobaczyłam i usłyszałam. Natężenie dźwięku było porażające, wszystkie piosenki, nawet te, za którymi nie przepadam, brzmiały doskonale i porywały do tańca. H.P. był non stop w ruchu – skakał, tańczył, przechodził z jednego końca sceny na drugi, wchodził na podest. Wyglądało to i brzmiało o wiele lepiej niż na YouTube. Usłyszałam dokładnie to, po co przyjechałam – była moja tegoroczna magiczna taneczna trójca: „Bigroom Blitz”, „Mary Got No Lamb” i „Oi!”. Było „How much is the fish?”, było „Fire”. I było nawet „Endless Summer”, którego się nie spodziewałam. Byłam przekonana, że na koniec zagrają medley „Hyper Hyper” i „Move your Ass”, ale dodali jeszcze „Endless summer”. I choć nigdy nie przepadałam za tą piosenką, to naprawdę szczerze się uśmiechnęłam, kiedy ją usłyszałam. Tak działają wspomnienia. Szkoda tylko, że od kilku lat tak strasznie masakrują „Move your Ass” – nie grają niestety oryginalnej, rave’owej wersji, tylko raczej coś zbliżonego do jumpstyle. Nie za bardzo mi się to podoba, zresztą wycięto też mój ulubiony fragment (czyli damski wokal), więc filmując finałową piosenkę pozwoliłam sobie uciąć ją przed końcem. I tak oto w czasie godzinnego występu udało się Scooterowi upchnąć 16 piosenek i wycisnąć z publiczności siódme poty (chociaż muszę przyznać, że dookoła mnie było spokojniutko, i choć ludzie się bawili, to nikt nikogo nie tratował i nikt się nie pchał – pełna kulturka).


If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

Scooter pozostawił po sobie morze serpentyn i konfetti (innymi słowy niezły bałagan), a miejsce pod sceną momentalnie opustoszało. Poczułam wtedy, że zrobiło się już całkiem chłodno. Na zakończenie wieczoru wystąpiła inna legenda – niemiecki DJ, twórca hitu „Meet her at the Loveparade” (oczywiście w latach 90-tych go nienawidziłam) i bohater tekstu „Hyper Hyper” – Da Hool. Set rozpoczął od swojego najbardziej znanego singla. Później oczywiście nie obyło się bez powtórek z setów innych DJów występujących podczas festiwalu, ale były i zaskoczenia w postaci „Music” Madonny i „Enjoy the silence” Depeche Mode. Nie oglądałam jednak całego jego wystpu spod sceny. Choć nie czułam zmęczenia, czułam głód. Ostatecznie, chociaż jeden wykonawca nie wystąpił, festiwal zakończył się pół godziny później, niż planowano – o 2:30. Koniec był nagły i gwałtowny – ktoś chyba po prostu odciął Da Hoolowi zasilanie. Usłyszałam tylko jak krzyknął ze sceny „I’m sorry”.


If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it’s missing. Get Flash Player from Adobe.

Podsumowując – absolutnie nie żałuję tego szalonego i spontanicznego (jak na mnie) wyjazdu. Naprawdę wśród tej muzyki i tych wykonawców czuczuję się jak ryba w wodzie. To są moje klimaty i moje wspomnienia. Na minus zaliczam jedynie wszechobecny playback. Wokale to jedno. Najbardziej słychać było wokal lecący z przysłowiowej taśmy podczas występu Fun Factory, przy innych wykonawcach nie było to aż tak rażące. Jednak drugie to same podkłady. Uważam, że jeśli ktoś już decyduje się występować na scenie, to powinien przygotować muzykę tak, by choć sprawiała wrażenie granej w jakimś stopniu na żywo. Dlatego ściszenie na końcu (a już nie daj Boże łącznie z wokalem) jest niedopuszczalne. Karin
Kasar z Real McCoy, która nie wystąpiła w żadnym klipie zespołu, ale która zaśpiewała refreny w „Another night” najpierw wygłosiła przemowę o tym, jak to jednego dnia zaśpiewała piosenkę w studiu, a następnego usłyszała ją w radiu, po czym utwór, o którym mowa, poleciał całkowicie z playbacku. Jak mam zatem uwierzyć, że to faktycznie jej głos? Do tego Fun Factory – na każdym koncercie (widziałam to też na YouTube) jest moment, kiedy Toni przedstawia publiczności Balcę i podkreśla, że to ona śpiewała wszystkie ich piosenki. Aż się prosi, żeby na dowód tego zaprezentowała je na żywo. Ale nie, wszystkie wokale lecą z taśmy. Szkoda. Pewnie jestem naiwna,ale tli się we mnie nadzieja, że może kiedyś doczekam się, aż zespoły z tamtych lat zaczną wreszcie śpiewać całkowicie live. Tymczasem 90′ Festival zapowiedział już pierszego wykonawcę piątek edycji – duet Solid Base. Nigdy ich nie słuchałam i nawet niespecjalnie ich znam, ale tym razem będę uważnie śledzić newsy, bo na chwilę obecną mam wielką ochotę na powtórkę za rok.


autor: // Last.fm
18.08.2017, godz. 01:11, piątek
Kategoria: Galeria + Relacje

Powiązane wpisy

Poprzedni Post
«
Następny Post
»