Najpierw był czarno-biały, niskobudżetowy (jeśli w ogóle można tu mówić o budżecie) klip, potem stopniowo narastające zainteresowanie alternatywnych mediów, wreszcie wyróżnienie przez BBC w corocznym plebiscycie na muzyczne nadzieje nadchodzącego roku. Dalej poszło już z górki – kontrakt z Sony, klip jeden, drugi, trzeci, zmasowany medialny atak na każdego, kto się nawinie.
Pierwszy tydzień stycznia był szarobury. Zimne i ciemne poranki ostatecznie obwieściły koniec świątecznej atmosfery. A mnie któregoś takiego ranka zbudziła przepiękna melodia.
Dużo się przez ostatnie 4 lata zmieniło. Odeszłam od światka „electro” już jakiś czas temu, bo był dla mnie po prostu za mały. Nic ciekawego już się tam nie dzieje, wszyscy powielają jedynie schematy, brakuje świeżości, brakuje nowych twarzy. Czołówkę okupują od lat niezmiennie te same formacje, którym i tak wiedzie się coraz gorzej. Być może Stephan Groth jako pierwszy dostrzegł, że nastąpił koniec ery dark electro i że jemu samemu pomysły w tym gatunku muzycznym już się skończyły.
Czekałam na Lykke od przeszło dwóch lat. Myślałam, że może Opener, może Free Form… A tu nagle, ni stąd ni zowąd, gruchnęła wieść o 10tych urodzinach mBanku i koncercie Lykke, w dodatku w Łodzi. Nigdy bym się nie spodziewała, zwłaszcza, że od „Youth novels” minęło już trochę czasu, a do drugiego albumu również pozostało jeszcze kilka miesięcy. Nie mniej jednak Lykke wystąpiła.
Nadeszła jesień a wraz z nią, jak co roku w moim życiu, czas Bryana. Bo Bryana Ferry słucham głównie jesienią. Zawsze do pochmurnego nieba, chłodu i liści spadających z drzew, pasował mi najbardziej. W tym roku jesień z Bryanem jest tym smakowitsza, że pierwszy dandys muzyki art-glam-pop-rockowej wydał właśnie nową płytę.
Pisząc o koncertach i festiwalach zazwyczaj pomijam stronę organizacyjną wydarzenia. Jednak w przypadku szóstej edycji Free Form Festival nie mogę o niej zapomnieć, ba – nawet od niej zacznę. W zeszłym roku na FFF mnie nie było, doszły mnie jednak słuchy, że festiwal zmienił lokalizację na Wytwórnię Wódek Koneser, zwaną teraz Centrum Kultury.
Któregoś pięknego i jeszcze ciepłego dnia zjeżdżałam ruchomymi schodami… nie, schodziłam nieruchomym chodnikiem na peron 4 Dworca Centralnego. Dzień, jak codzień, wokół ludzie biegnący na oślep by tylko zdążyć na swój pociąg, oraz ich totalne przeciwieństwo – tacy, którzy nigdy nigdzie się nie spieszą. I ja, tamtego dnia należąca do tej drugiej grupy. Pamiętam tamten […]