Jeśli chodzi o płyty, to w 2025 roku czekałam na “Construct/Destruct” VNV Nation z pewną nadzieją, zwłaszcza związaną z z tą drugą częścią, ale póki co do tej pory jeszcze się nie ukazała. Coś bardzo źle poszło z tym wydawnictwem. Jak się domyślam niebagatelną rolę odegrały tu problemy ze zdrowiem Ronana – życzę mu zdrowia i oby udało się w końcu wydać drugą część albumu, bo ta pierwsza… no cóż… Nie przynosi niczego, do czego chciałoby się wracać. W zestawieniu nie będzie również White Lies. Próbowałam się przekonać do “Night Light”, ale nic mnie tam nie rusza. Ta płyta jest dla mnie po prostu nudna. Nine Inch Nails – niby fajne, niby elektronika soczysta, ale w sumie mam wrażenie, że wszystko już gdzieś słyszałam. Może gdyby “Tron- Ares” to jednak była płyta śpiewana, to bardziej czułabym NiN. A tak mamy po prostu kolejną płytę z muzyką filmową, którą nie wiedzieć czemu tym razem Trent Reznor i Atticus Ross wydali pod szyldem NiN. Torul i “Superposition” też jakoś przepadł na mojej playliście, podobnie jak Third Realm i “Her name was Melancholia”. Chociaż słuchałam trochę smętów, to nie zapadły mi w pamięć ani Bon Iver i “Sable fable”, ani Bonobo i “Lazarus”, ani Beirut i “A Study of Losses”, ani nic od Thomasa Barrandona czy Dominika Eulberga. Nowa Allie X nie przypadła mi do gustu. “Sad living + sad mind” Apnoie zabrakło przebojowości poprzedniej płyty, podobnie
“LaQueer” Lizette Lizette, które mimo ładnych, ciepłych elektronicznych dźwięków, znanych z poprzednich nagrań, bardzo mocno zwolniło. Z kolei “Pathways” The Birthday Massacre okazało się być po prostu kolejną płytą The Birthday Massacre. Słucha się przyjemnie, ale nic nie zaskakuje, wszystko to już było.


Doceniam zaś Pixel Grip “Percepticide: The Death of Reality” i Patriarchy – “Manual for Dying”. Obie płyty są dla mnie do pewnego stopnia trudne w odbiorze i na tyle różnorodne, że nie potrafię ich poczuć. Ale mają swoje momenty. Łączy je brudna elektronika. W przypadku Pixel Grip jest surowa i dzika, czasem agresywna, niegrzeczna i punkowa. W przypadku Patriarchy jest bardziej “różowa”, ma w sobie element słodyczy electropopu połączonego z electroclashem. Mam wrażenie, że słyszę tu echa takich tworów jak Crystal Castles czy HEALTH.

Przyjemnie słuchało mi się płyty “Insomnia” X Marks The Pedwalk, choć nic szczególnie nie zapadło mi tutaj w pamięć. Nie jest to jednoznaczny twór i łatwy do sklasyfikowania. Niby sporo tu futurepopu, ale płyty nie określiłabym mianem imprezowej – raczej jest to futurepop do słuchania. Nie męczy nachalną przebojowością, zaciekawia delikatnością. Czasem przywodził mi na myśl Black Nail Cabaret.

W sumie podobało mi się Promenade Cinema – “Afterlife”, ale jakoś nie wracałam do tej płyty na tyle często, by stała się jedną z płyt roku. To mroczny, dość surowy i zimny album, przywodzący na myśl klimat niektórych wczesnych płyt Depeche Mode. Słychać tu echa syntezatorów z lat 80 i synthpopową melodykę tamtej dekady. Melodie nie do końca jednak kradną moje serce (poza “Moonlight”), aczkolwiek są bardzo przyzwoite.

Na zupełnie innym brzegu moich muzycznych zainteresowań leży Sabrina Carpenter, której ostatnią płytę, “Man’s best friend” trochę słuchałam. Wydaje się, że Sabrina wreszcie znalazła swoją drogę, stając się nowoczesną wersją bardziej popowej Dolly Parton. “Man’s best friend” wypełniają ciepłe dźwięki, które bardzo mocno nawiązują do radiowej stylistyki lat 80. Ale do tego ogólnego miłego wrażenia dochodzą teksty – Sabrina wie, czego chce i nie wstydzi się o tym śpiewać, bez względu czy jest to miłość, czy tylko seks. Nie ma oporów przed wyśmiewaniem maminsynków ani przed przyznaniem, że facet zbyt odpowiedzialny, który myśli tylko o niej, to nudny facet. Kto chce, może w niej widzieć słodką, głupią blondynkę, ale ona zdaje się wiedzieć jak wykorzystywać zarówno swoje kobiece atuty, jak i swoją inteligencję.

Ostatecznie nie wiem co myśleć o “Mayhem” Lady Gagi. Gaga opowiadała, że tworząc swój ostatni krążek mocno inspirowała się latami 90., muzyką taneczną, ale i industrialem spod znaku Nine Inch Nails. Po pierwszym przesłuchaniu byłam raczej na tak. Mocą kompozycji i produkcji płyta przypomina jej pierwsze nagrania, a wymienione przez nią inspiracje, po zagłębieniu się w muzykę też nawet słychać. Przynajmniej w pierwszej połowie. “Abracadabra” ma w tle arpeggio i pianinko, których nie spotyka się raczej we współczesnych nagraniach, a “Killah” to już jawna zrzynka z NiN, “Perfect celebrity” trochę mniej. Tyle, że “How bad do you want me” to już raczej Taylor Swift wannabe. Jako całość jest to dzieło raczej eklektyczne, zapuszczające się w różne rejony popu, a w te słodsze (“Vanishing into you”) i bardziej funkujące (“Zombieboy”) zupełnie niepotrzebnie. Druga połowa płyty brzmi już znacznie bardziej nudno i chaotycznie. Utwory niby są ok, ale ich brzmienie staje się nijakie (“LoveDrug”, “Shadow of the man”). Więc jest niby ok, ale chciałabym jednak czegoś mocniejszego.
Kobiety

Marina – “Princess of power”
Gdy usłyszałam pierwszy fragment “Butterfly”, złapałam się za głowę? Co to ma być? Ale gdy wysłuchałam już całości, to jednak weszło do głowy. Ten absurdalny motyw potrafi się naprawdę przyczepić. Marina przeszła ewolucję od dziewczyny śpiewającej elektroniczny-indie-pop po kobietę, tworzącą taneczną, zdecydowanie bardziej wygładzoną muzykę. Na szczęście pozostał jej charakterystyczny sposób śpiewania i tym zawsze będzie się wyróżniać. “Princess of power” to płyta zadziorna i z przymrużeniem oka, nagrana przez kobietę, która ma już pewne doświadczenie życiowe, ale jednocześnie choć jej wek wskazuje na to, że jest już dorosła, to ciągle czuje się dziewczyną. Z jednej strony desperacko szuka miłości, z drugiej jest już trochę rozczarowana i zdaje sobie sprawę, że może szczęśliwszym jest się wtedy, gdy kocha się siebie niż niewłaściwą osobę. Za fasadą lekkich i skocznych piosenek ukrywa rozdarcie między chęcią wiary w marzenia a rzeczywistością.
Lubię za:
– “Cuntissimo”
– “Butterfly”
– “Final Boss”
– “Adult girl”

Taylor Swift – “The Life of a Showgirl”
Chyba wszyscy spodziewali się czegoś więcej po “The Life of a Showgirl” i może dlatego recenzje po ukazaniu się tej płyty były takie sobie. A że melodie znajome i nieciekawe, a że teksty przeciętne, a że ogólnie brak hitów. Ale album i tak się sprzedał. Taylor jest w takim momencie swojej kariery, że sprzedaje wszystko. Zastanawiałam się czy umieszczać go w tym zestawieniu, ale ostatecznie niech tam będzie. Chciałam, żeby “The Life of a Showgirl” było albumem bogatym, ociekającym brokatem, pełnym dramatyzmu, być może nagranym z towarzyszeniem orkiestry. Tymczasem okazał się być skromny, soft-popowym albumem o ciepłym brzmieniu lat 80 i 70. Owszem, nic mnie tu nie powaliło. Ale patrząc na całość jest to płyta spójna brzmieniowo, której miło się słucha. Melodie faktycznie nie są mocne, a utwory sprawiają wrażenie nijakich, ale przy kolejnych przesłuchaniach zyskują. Więc koniec końców, niechaj będzie.

Florance + The Machine – “Everybody scream”
Niestety nie słuchałam “Everobody scream” Florance + The Machine tyle, ile na to zasługuje, ale zdecydowanie od pierwszego przesłuchania ta płyta mnie chwyciła. Ścisnęła mnie. Tu jest co przeżywać i czym się delektować. Głębokie gitary, mocna perkusja, chóry i niepowtarzalna Florence. Pierwotna energia, które rozpala serce i dramaturgia, która rozdziera duszę. Piękna to płyta, pełna bardzo plastycznej muzyki, którą chciałoby się zwizualizować.
Lubię za:
– “One of Greatest”
– “Symphaty Magic”
– „The Old Religion”

Rosalia – “Lux”
Gdy zaczęłam słuchać tej płyty pomyślałam: oho, krytycy będą zachwyceni. A chwilę potem zobaczyłam jakiś wpis na FB, którego autor miał mieszane uczucia i co było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem komentujący mu wtórowali. Zdziwiłam się. Nie znałam wcześniejszej twórczości Rosalii a o niej samej wiedziałam tylko tyle, że istnieje. Więc może taka płyta w jej wykonaniu to jakaś przesada? coś sztucznego? coś dziwnego? Sama nie wiedziałam… Ale ostatecznie stwierdziłam: fuck it. Co mnie obchodzą inni, fani – nie fani, whatever. Mi się podoba. Autentycznie mi się podoba. Nie spodziewałam się tego, bo miks opery ze współczesnością jest ryzykowny, ale to, co tutaj osiągnęła Rosalia, to mistrzostwo świata. Ta płyta jest przystępna! Jest przystępna będąc jednocześnie niesamowicie złożoną. Ileż tu jest języków, ileż zmian tempa, melodii, stylów śpiewania. A propos samego śpiewania – Rosalia śpiewa przepięknie. Do tego brzmi absolutnie autentycznie, zarówno gdy śpiewa w typowo hiszpański sposób, jak i wtedy, gdy śpiewa operowo. No i jeszcze same utwory – one naprawdę wpadają w ucho, da się je zapamiętać i zanucić. Melodie są piękne i podnoszące na duchu. Rosalia w warstwie lirycznej i muzycznej łączy boskość z przyziemnością, podniosłą formę i odniesienia do religii z ziemską miłością. Ta płyta kipi od emocji. To fascynująca podróż przez rozmaite dźwięki i style, a wszystko w objęciach orkiestry i słodkiego głosu Rosalii.
Lubię za:
– „Divinize”
– “Berghain”
– “Dios Es Un Stalker”
– “La Yugular”

Lily Allen – “West End Girl”
Zaskoczył mnie ten album i totalnie pozamiatał. Ostatnio Lily słuchałam chyba w okolicy jej drugiej płyty i właściwie nigdy ani mnie nie grzała, ani nie ziębiła. Tymczasem “West End Girl” porwało mnie absolutnie. I to nawet nie muzycznie, tylko lirycznie. Nie od razu, ale gdy z każdym kolejnym przesłuchaniem docierało do mnie coraz więcej słów i coraz więcej rozumiałam, to pomyślałam: hej, ależ to jest zmyślne. I jaka to jest gruba historia. Storytellerką nr 1 od lat jest Taylor Swift, ale to, co pokazała na tym albumie jej starsza koleżanka po fachu, to po prostu mistrzostwo świata. Ten koncept-album, autoterapia po bolesnym rozstaniu, to totalnie szczera spowiedź, bez owijania w bawełnę, cios między oczy i prosto w serce. Wobec takiej otwartości jest się po prostu bezbronnym. Muzycznie jest miło, choć taki typ melodii i takie brzmienie, to nie do nie końca moje klimaty, to jednak tutaj teksty są tak mocne, że traktuję muzykę jako tło. Dla mnie to najlepsza płyta Lily.
Lubię za:
-“Pussy Palace”
-“Beg for me”

Elisabeth Elektra – “Hypersigil”
Drugi album niezależnej artystki z Glasgow, ukrywającej się pod pseudonimem Elisabeth Elektra, to bardzo mocna mieszanka popu i elektro. Aranżacje są bogate a melodie bardzo chwytliwe. Ale żeby nie było tak prosto i słodko, słychać tu i inspirację gotykiem, i latami 80. Praktycznie każdy utwór mógłby stać się radiowym przebojem. Ta płyta jest duża i bezkompromisowa, porywa bez reszty. To taka ukryta perełka, której słuchanie powoduje zastrzyk adrenaliny i wprawia w dobry nastrój.
Lubię za:
– “Desire”
– “Yearning”
– “Honey”
-”Sanctuary”
Mocne brzmienia

Smash Into Pieces – “Armaheaven”
Smash Into Pieces pełnią konkretną rolę w mojej muzycznej bibliotece – słucham ich, gdy chcę się obudzić lub po prostu potrzebuję czegoś energetycznego. Duża perkusja, duże gitary, duże melodie. Wszystko tu jest duże i euforyczne. Utwory mają bardzo popową melodykę i ekstremalnie łatwo wpadają w ucho, ale ostrzejsza aranżacja dodaje im smaczku. Nie brak tu jednak elektroniki i odniesień do typowego EDMu, a na najnowszej płycie nawet oczka puszczonego do country. Sama konstrukcja utworów jest bardzo “aktualna”, że tak to nazwę. To jest ten sam schemat, który słychać w mainstreamowych mediach. Różni się jedynie tym, że instrumentem wiodącym są tu gitary. W moim odczuciu to jest naprawdę bardzo, bardzo popowa płyta, którą zamiast słodkiej i roznegliżowanej nastolatki nagrali rockowi panowie. Nie ma tu przecierania nowych szlaków, ani niczego, co by mnie zaskoczyło. Ale za to jest zestaw bardzo porządnych, porywających piosenek, które potrafią poprawić nastrój i dać sporo radości.
Lubię za:
-“Broken Halo”
-“Rage”
-“Some kind of heaven”
-“Prophecy”

Baby Lasagna – “DMNS & MOSQUITOES”
Ok, może spodziewałam się czegoś więcej… ale z drugiej strony ciężko jest pobić taki hit jak “Rim tim tagi dim”. Czasami wkrada się tu nadmierna słodkość, czasem muzyka traci zadziora, czasem robi się mniej melodyjnie, czasem to bardziej metal, czasem rock, a czasem pop. Czasem Scooter, czasem hip-hop… Ale koniec końców jeśli szuka się energetycznej mieszanki gitar i elektroniki z przymrużeniem oka, to to jest właśnie to. A pod głupią ksywką kryją się całkiem zmyślne teksty, które traktują o lękach i braku wiary w siebie.
Lubię za:
– “Less than great”
– “Don’t hate yourself but don’t love yourself too much”
– “Again”
-“Baila”
Syntezatory i retro

Chris Harms – “1980”
Gdyby nie duet z Ronanem Harrisem nie zwróciłabym uwagi na tę płytę. “The Grey Machines” pozostaje jej najmocniejszym punktem, ale reszta też całkiem nieźle wchodzi gdy już przyjmie się jej konwencję. Otóż Chris, grający na co dzień w gotycko-glam-rockowym Lord of the Lost, porzucił gitary całkowicie i na swoim solowym krążku skupił się w 100% na syntezatorach. W dodatku zaserwował je w bardzo cukierkowej i skocznej wersji. Skojarzenia z new romantic i synthpopem początku lat 80. są tu jak najbardziej na miejscu. Oj, coś mi się zdaje, że w tamtych czasach Chris był metalem, ale gdy usłyszał syntezatory, to jego serce zabiło mocniej. Tyle, że nie wypadało się do tego przyznawać, bo przecież twardzi metale stali w opozycji do kolorowych blitz kids. Taki rodzaj słodkich melodii nigdy nie należał do moich ulubionych, ale bardzo doceniam całkowite oddanie stylistyce. Ta płyta naprawdę mogłaby się ukazać 40 lat temu. Ba, mogłaby zawojować listy przebojów.
Lubię za:
-“I love you”
– “The Grey Machines”
– “Madonna of the Night”
– “Parallax”

Zoodrake – “Reunite”
Zoodrake to solowy twór Hiltona Theissena, współtwórcy Akanoid (nazwę znam, twórczość nie zapadła mi w pamięć), który swego czasu udzielał się także w death metalowej kapeli Dark Millennium (nie znam, ale tak twierdzą internety). A więc mamy tu background gitarowo-elektroniczny. Solowe projekty mają to do siebie, że można z nimi robić co się chce, Hilton czerpie więc inspiracje skąd się da. Zupełnie jakby słysząc jakąś piosenkę myślał: fajne, też taką chcę. Mamy więc i potężne wpływy dark electro, i trochę gitar. I Depeche Mode, i ostre zrzynki z Nine Inch Nails, i gdzieś tam skoczne And One, i jeszcze charczące electro, a na końcu trochę indie-rocka. Brzmi to trochę jak tribute band, który chce brzmieć jak jego liczni idole. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to trochę takie disco-polo-electro, bo jest takie gładkie i poprawnie wchodzące do głowy, ale jednocześnie nie mogę odmówić mu przebojowości. Trochę się wstydzę ale lubię.
Lubię za
-”Micro psycho”
-”A feeling I know”
-”Spitting devil”
-”Take my money”

Covered in Snow – “People always leave”
Odkryłam duet Toma Hedlunda i Mikaela Engströma kilka miesięcy temu dzięki “Glasgow smile”. I chociaż płyta nie dała niczego, co by mi się podobało bardziej, to jednak przyjemnie mi się jej słucha. “People always leave” to zbiór soft-synhpopopwych, ciepłych i pełnych emocji utworów. Bardziej radiowych niż imprezowych, takich po prostu miłych i przyjemnych dla ucha, ale jednocześnie niebanalnych i pełnych uroku. W pewnym sensie skojarzyli mi się z Lowe, tylko takim mniej chropowatym, bardziej wygładzonym. Trzeba też przyznać, że panowie wypracowali własne brzmienie, bo całość brzmi jak sklejona jednym klejem.
Lubię za:
-“Cemetery club”
– „Glasgow smile”
-“Starlings”
Mroczna alternatywa

This Eternal Decay – “Spettro”
Znam od niedawna, ale cenię. To taka mieszanka gitar, bardzo przestrzennych perkusji i elektroniki, której po prostu bardzo dobrze mi się słucha. Jeśli mam już słuchać jakichś “zimnych brzmień”, to właśnie takie wybieram. Bo tutaj melodie nie są nudne, co często zarzucam gatunkom z “cold” w nazwie. Tutaj melodie intrygują. Są mroczne, ciężkie, ale i wpadające w ucho. A to wszystko w dynamicznych aranżacjach, które nie pozwalają się nudzić.
Lubię za:
– “Rise & Fall”
– “Cold fear”
– “A matter of lies”

Nite – “Nite”
Nite to trio z Teksasu, w skład którego wchodzą bracia bliźniacy, Myles i Kyle Mendes oraz perkusista Phil Helmes. Wizualnie skojarzyli mi się z Tears For Fears, więc już na wstępie dostali plusa. Ich muzyka to taneczna mieszanka darkwave, synthpopu i post punku. Do tego dochodzą chwytliwe melodie i oczko puszczone do ejtisów. Czasem słychać Depeche Mode, czasem White Lies, a czasem… INXS. Płyta ciekawa i łatwo wchodząca do głowy.
Lubię za:
– “Oblivion (my obsession)”
– “All your pain”
-”Easy”

Pale Meridians – “Wire and Monuments”
Zdecydowanie zbyt późno trafiłam na tę płytę, dlatego nie słuchałam jej za dużo, ale zdecydowanie należy jej się miejsce honorowe w zestawieniu. Rzecz to zaiste dobra. Debiutancki krążek międzynarodowego tria, w skład którego wchodzi wokalista Denis Mikhalev i dwóch producentów: Amir Katz i Guy Rotem przynosi wpadający w ucho synthpop, który brzmi zarówno klasycznie, jak i świeżo. Dźwięki pięknie się do siebie kleją, a melodie intrygują, będąc totalnie nienachalnymi. Bezbłędnie udało im się stworzyć słodko-gorzkie utwory, których doskonale się słucha, ale i przy których można także potańczyć. Jest w tej muzyce jakaś elegancja i gracja, z którą kojarzy mi się pierwsza płyta Hurts. To lubię.
Lubię za:
– “Saviour”
– “Your Only Friend”
– “This City”
– “Go Well”

Emmon – “Icon”
Oj czekałam na płytę tej pani odkąd kilka lat temu przypadkowo zagrała w moich słuchawkach. I nie zawiodłam się. Jakie to jest dobre! Mocne, soczyste i pulsujące. Melodie – całkowicie niesłodkie a jednocześnie wpadające w ucho idealnie komponują się z mocnymi bitami, tworząc zabójczo taneczną mieszankę. I do tego jak to jest pięknie i bezbłędnie zaśpiewane. To mogłaby być naprawdę kultowa pozycja, pełna szlagierów. Nie ma tu ani jednego słabszego momentu. Marzyłam o takiej żeńskiej płycie z nurtu dark electro, który zawsze był zdominowany przez mężczyzn. O taką płytę tańczyłam w 2004.
Lubię za:
– “Decisions”
– “Dark”
– “Shades of blue”




