Wszelkie muzyczne podsumowania 2010 roku sprawiły, że sięgnęłam po najnowszą płytę reaktywowanego 5-osobowego składu Take That. „Progress”, choć ukazał się dopiero w listopadzie, stał się jedną z najlepiej sprzedających się płyt całego roku w Wielkiej Brytanii. Zanim jednak zapoznałam się z albumem, przypadkiem trafiłam na YouTube na dokument o TT.

Część 4 z 4 serii: Muzyczne podsumowanie 2010

Lista najczęściej słuchanych przeze mnie wykonawców 2010 oczywiście tylko częściowo pokrywa się z listą albumów i utworów. Oczywiście, ponieważ trudno jest słuchać tylko i wyłącznie najnowszej muzyki. Są tu zatem i moi starzy muzyczni znajomi, i ci nowi i nowsi. Ci, do których faktycznie lubię wracać, i tacy, którzy znaleźli się w zestawieniu trochę przez […]

Część 3 z 4 serii: Muzyczne podsumowanie 2010

W przypadku zestawienia płyt 2010 zastanawiałam się, na ile kierować się statystykami z lasta, a na ile własnymi wspomnieniami i odczuciami. Przecież last wysoko plasuje dany krążek nawet wtedy, gdy słuchało się z niego tylko jednego utworu, za do bardzo długo i często.

Część 2 z 4 serii: Muzyczne podsumowanie 2010

Niezmiernie ciekawie, ale i trochę smutno przedstawiają się statystyki najczęściej słuchanych przeze mnie utworów. Właściwie przez pierwsze pół roku nie potrafiłam znaleźć żadnego faworyta. Owszem, pierwsza piosenka z datą 2010, która zapętliła się w moim odtwarzaczu, miała swoją oficjalną premierę w lutym, ale potem długo nic się nie działo.

Część 1 z 4 serii: Muzyczne podsumowanie 2010

Dziwny to był rok. Długo miałam nadzieję na jakieś wystrzały, wybuchy, eksplozje, do końca właściwie. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. 12 miesięcy i nic. Nawet cienia tych uczuć, które zalały mnie w 2009 roku, roku fantastycznym pod względem muzycznym, roku dużych płyt ważnych wykonawców. Tym razem otrzymaliśmy całą masę „małych”, undergroundowych niemal wydawnictw, bardziej i […]

Było ich pięciu. Odpowiedzialny Gary, słodki Mark, dowcipniś Robbie, szalony Howard i przystojny Jason. Nazywani byli piątką z Manchesteru, na wzór piątki z Liverpoolu. Istnieli niespełna 6 lat, nagrali 3 albumy, wylansowali kilka hitów.

Najpierw był czarno-biały, niskobudżetowy (jeśli w ogóle można tu mówić o budżecie) klip, potem stopniowo narastające zainteresowanie alternatywnych mediów, wreszcie wyróżnienie przez BBC w corocznym plebiscycie na muzyczne nadzieje nadchodzącego roku. Dalej poszło już z górki – kontrakt z Sony, klip jeden, drugi, trzeci, zmasowany medialny atak na każdego, kto się nawinie.

Nawet jeśli słucham muzyki podczas snu, ciekawe dźwięki zawsze są w stanie mnie obudzić. Tak też stało się w zeszłym tygodniu, gdy po kilku miesiącach trzymania w odtwarzaczu płyty Matthew Deara „Black city”, włączył się utwór zatytułowany „You put a smell on me”.

Dużo się przez ostatnie 4 lata zmieniło. Odeszłam od światka „electro” już jakiś czas temu, bo był dla mnie po prostu za mały. Nic ciekawego już się tam nie dzieje, wszyscy powielają jedynie schematy, brakuje świeżości, brakuje nowych twarzy. Czołówkę okupują od lat niezmiennie te same formacje, którym i tak wiedzie się coraz gorzej. Być może Stephan Groth jako pierwszy dostrzegł, że nastąpił koniec ery dark electro i że jemu samemu pomysły w tym gatunku muzycznym już się skończyły.