Dawno nie cieszyłam się i nie czekałam na żaden koncert, jak na ten. Kto by pomyślał te 20 lat temu, że Mesh zagra w moim mieście? O ile dobrze pamiętam właśnie w tym roku minęło 20 lat odkąd pojechałam aż do Szczecina, żeby zobaczyć ich po raz pierwszy. Mesh w Polsce, ależ to było dla mnie wtedy wydarzenie. Ostatni raz widziałam ich 11 lat temu w Warszawie i podeszłam do tamtego koncertu bardzo na spokojnie, do tego stopnia, że nawet nie zrobiłam sobie zdjęcia z chłopakami. A to dlatego, że przez wiele lat miałam pewien problem z Meshem. Tak, jak kocham ich na płytach, tak koncerty wydawały mi się drętwe. Nic się tam za bardzo nie działo. Mark stał przy mikrofonie i śpiewał, czasem z gitarą, czasem bez. Gdy odchodził od statywu włóczył się jedynie po scenie. Może czasem trochę tupnął nogą, ale zazwyczaj jego ruchy nie korespondowały z rytmem. I do tego mimika… właściwie żadna. Żadnych specjalnych ruchów, nic. Muzycznie zawsze mi się podobało, wokalnie również, ale jednocześnie czegoś mi brakowało. I nagle teraz, po tylu latach, zobaczyłam zupełnie inny zespół. Od pierwszych dźwięków było widać, że wszyscy na scenie czują się dobrze. Mark był wyjątkowo kontaktowy. Dużo mówił, często się uśmiechał i… ruszał się! Nie, nie tańczył, ale praktycznie nie stał przy statywie. Mało tego, pojawiły się gesty i pojawiło się coś na twarzy – emocje! Szczerze, nie spodziewałam się takiego przełomu po tylu latach na scenie. A jednak, cuda się zdarzają. Już samo to sprawiło, że miałam uśmiech na twarzy. Do tego setlista – bardzo odważna. Dla wielu – wada, bo zespół postawił całkowicie na promocję najnowszej płyty i w secie, liczącym 22 utwory, umieścił zaledwie 7 starszych piosenek, przy czym najstarsza miała 20 lat. Zaledwie 😉 Nie było nic z prawdziwych klasyków, zero utworów z “The point at which it falls apart”, nic z “Who watches over me”, absolutnie nic z jeszcze starszych czasów. Ale mi – i sama się sobie dziwię – naprawdę niczego nie brakowało. Może dlatego, że nie mam jakiegoś wybitnie ulubionego utworu Mesha, a może dlatego, że po prostu nowa płyta bardzo mi się podoba. A może po prostu byłam już bardzo wyposzczona? Od kilku(nastu) ładnych lat nie śledziłam ich kariery. Nie przypominam sobie, żebym słuchała “Looking Skyward”, “Automation Baby” czy nawet “A perfect Solution” zaraz po premierze. Słuchałam ich z opóźnieniem, czasem nawet sporym, a to zawsze wpływa na mój odbiór. Od jakichś 2, 3 lat lubię wracać do Mesha i słuchać całościowo właśnie tych nowszych płyt. Stanowią one dla mnie jedną masę, nie mam z nimi żadnych wspomnień i wiem, że tak już pozostanie – nigdy się ich nie nauczę, ale je lubię. Natomiast tym razem wiedziałam, że ma się ukazać nowy album i czekałam na niego. A gdy po raz pierwszy go wysłuchałam, taką świeżynkę, to wiedziałam, że jest dobrze. Nawet bardzo dobrze. Spodobał mi się od samego początku. Właśnie takiego Mesha lubię – więcej średniego tempa, trochę mniej dyskoteki. I to właśnie dostałam na koncercie. Panowie nie pominęli w setliście świetnych nowych b-side’ów, więc dostałam moje ukochane “Lone Wolf”. Był najnowszy, singlowy “Fallen Angel”. Nie mogło zabraknąć “This World” – zdecydowanej gwiazdy nowej płyty, który absolutnie mnie porwał. Były też dwa fajne, taneczne nowe kawałki, które bardzo lubię – “I bleed through you” i “Kill us with silence”. I wiele, wiele innych. Ze starszych numerów dużo przyjemności sprawiło mi “My Protector”, a “Born to Lie”, które uważałam za nieco pretensjonalne w momencie, gdy się ukazało, totalnie rozsadziło scenę swoją mocą. Łódź dostała też jedną niespodziankę – zagrane chyba po raz pierwszy na tej trasie “Crash” – czyli jedyny prawdziwy klasyk, a dla mnie wspomnienie pierwszego koncertu.
Może i było trochę za głośno, może nie było słychać klarownie wszystkich instrumentów, może wokal Marka czasem gdzieś się gubił za ścianą dźwięku, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Dostałam potężne brzmienie, takie, jakie lubię. Była moc, była energia, był kontakt, było wszystko. Było spotkanie po koncercie i autografy. I wreszcie był sklepik. Twarz bolała mnie od uśmiechu po tym koncercie, więc było dobrze. To był zdecydowanie najlepszy koncert Mesha ze wszystkich czterech, na jakich byłam.




