Garbage -30.05.2026

Wyskoczył mi dziś link do wywiadu z Shirley Manson: “Poczułam gorzki smak opresji względem kobiet – wróciła do Polski po 14 latach”. Nie wiem po co, ale kliknęłam w komentarze… i od razu pożałowałam (jak zwykle). Królował hejt, poczynając od ubliżających i poniżających opinii na temat wyglądu (bo przecież każda wokalistka musi “wyglądać, a jak osiągnie pewien wiek to już w ogóle nie powinna się nikomu pokazywać na oczy, prawda? co jest dokładnie tym, czemu przeciwstawia się Shirley), poprzez przypinanie łatki uprzywilejowanej białej Amerykanki (cóż, że ze Szkocji), na “nigdy nie słyszałem, nie wiem, nie znam, ale się wypowiem” kończąc. Zrobiło mi się zwyczajnie przykro. Bo Garbage coś dla mnie znaczy. Bo ich muzyka była jakąś cząstką mojego dorastania. I nie zgadzam się na sprowadzanie jedynie do wyglądu jakiejkolwiek kobiety, a już na pewno nie takiej, której głos na pewno dla niejednej osoby był głosem pokolenia. Nie wiem jak można tak mówić o kimkolwiek i jeszcze się tym chwalić, tak samo jak nie wiem jakim cudem ludziom w ogóle chce się komentować rzeczy – w dodatku tylko i wyłącznie negatywnie – o których sami, jak przyznają, nie mają pojęcia. Nigdy tego nie zrozumiem i nigdy się do tego nie przyzwyczaję. 

Po koncercie zajrzałam z ciekawości ponownie pod ten artykuł i tym razem wyświetliło się już kilka pozytywnych komentarzy. 

Nie wyobrażam sobie, żeby po tym koncercie mogłyby być jakieś niepozytywne komentarze. 

Nigdy nie byłam na Garbage, a jest to zespół, którego mam 3 kasety, co oznacza, że swego czasu trochę ich słuchałam. Kasety nie były już w tamtych czasach tanie (o płytach nawet nie wspomnę), więc szanowało się muzykę. Szanowało, a więc słuchało.

Pamiętam, że poznałam Garbage dzięki Radiu Zet a pierwszą ich piosenką, jaką usłyszałam było „Milk”. Potem „Stupid girl”. Wpadło, wypadło, ale radio grało, więc się zaznajomiłam. 

Był rok 1998 a ja w każdą sobotę o godz. 18 słuchałam listy przebojów World Chart Show. I zapewne tam po raz pierwszy usłyszałam „Push it”. I…ooo… No to już było fajne. Takie…mmm…yeah! Mocne, fajne, dobre. Potem „I think I’m paranoid” tylko potwierdził ten fakt. Tak, Garbage zasłużyło żeby stanąć na mojej muzycznej półeczce. I choć prawdę mówiąc nigdy tak do końca żadna ich płyta nie podeszła mi w 100%, to jednak zapisali się w mojej pamięci i stali się częścią mojego muzycznego świata. 

Ileś lat temu usłyszałam, że grają bodajże w Krakowie… Pomyślałam: fajnie, ale… Nie pamiętam co za “ale”, ale było jakieś “ale”. Może to na tamtym koncercie Shirley pokazała biust… A może nie… W każdym razie dopiero teraz, po latach spotkaliśmy się w dogodnym miejscu i czasie. Trochę się bałam Letniej Sceny Progresji – nigdy wcześniej tam nie byłam, a na stronie przeczytałam, że mieści 9000 osób. A to płaska powierzchnia, trawnik, brak podziału widowni na strefy. Chcesz stać pod sceną, musisz przyjść odpowiednio wcześnie. Ale jakoś się udało. Byłam niby pół godziny przed otwarciem bram, ale miałam wrażenie, że jest mała kolejka (wrażenie, bo przyjeżdżam od strony klubu, a Letnia Scena jest za nim), więc poszłam do wc do Fortu Wola i przy okazji kupiłam batona, którego zjadłam stojąc w kolejce. Faktycznie okazała się mała. Potem wejście zupełnie za luzaku i miejsce – w gruncie rzeczy bardzo przyjemne i nie tak ogromne. 

Pierwszy punkt – sklepik. Nie było modelu koszulki, który sobie upatrzyłam na stronie, ale wzięłam inny. 200 zł…ajć…

Potem toi toi – bo stały takie jeszcze czyste i zapraszające, a mi nie trzeba dwa razy powtarzać. 

Następnie scena – stanęłam blisko, ale… jak zwykle za kimś wyższym niż ja (i tym razem znajomym – pozdrawiam 😉 ), jakbym wewnętrznie czuła, że muszę odpokutować za to, że sama jestem wysoka. No i niestety potem przez cały koncert walczyłam żeby coś widzieć. Momentami stałam z głową zupełnie przekrzywioną na bok. Kiedyś pewnie byłabym wściekła, a teraz tylko wzruszyłam ramionami. Trudno. 

Aura była sprzyjająca, choć było pochmurno i nawet pokrapiało, gdy wychodziłam z domu. Na miejscu na szczęście nie padało i było przez cały czas przyjemnie ciepło i bezwietrznie. A już miałam wizję “Only happy when it rains” w strugach deszczu. Koncert zaczął się gdy jeszcze było widno. Jakoś początek zupełnie mną nie wstrząsnął i nie odczuwałam jakichś wyjątkowych emocji, ale bawiłam się dobrze. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Nie miałam jakichś specjalnych koncertowych życzeń, ale większość tego, co zawsze lubiłam, usłyszałam. I to jak. “I think I’m paranoid” i “Push it” to była czysta moc i radość. “Stupid girl” zabrzmiało niesamowicie tanecznie, a “Have we met (the Void)” i “No Horses” intrygująco. “Vow” i “Cherry Lips” zachęcały do wspólnego śpiewania. Trzeba przyznać, że zespół wie jak to się robi. Było mocno, było energetycznie i wcale nie dało się odczuć, że muzycy nie są już pierwszej młodości. Nie wiem jak to jest, dla mnie jakby czas się zatrzymał i cały czas widzę w nich tamtych młodziaków z końcówki lat 90tych. Muszę dodatkowo przyznać, że nie spodziewałam się, że Shirley jest tak dobrą wokalistką. Brzmi na żywo fenomenalnie. W dodatku bije od niej niesamowita energia i szczerość, zarówno w każdym wypowiadanym fucku, jak i wtedy, gdy z całego serca dziękuje fanom za wsparcie i oddanie. Nie straciła nic na swojej ostrości i zadziorności, a jednocześnie potrafi być niesamowicie ciepła. Było i fajnie, i mocno, i jednocześnie bardzo sympatycznie i pozytywnie. I widać było, że nie tylko publiczność dobrze się bawi, ale zespół również. To było bardzo przyjemne uczucie tak się trochę przenieść do czasów gdy się miało naście lat.