No i stało się. Chyba najbardziej omijany przeze mnie polski festiwal w tym roku po raz pierwszy ugościł moją skromną osobę. Choć już od pierwszej edycji OFF gdzieś tam się za mną skradał, bardzo skutecznie go unikałam w przeświadczeniu, że to po prostu festiwal nie dla mnie. Zawsze kojarzył mi się przede wszystkim z gitarami, mało melodyjnym i mało hitowym graniem, zarówno sennym jak i hałaśliwym, oraz debiutantami, którzy ze sceny muzycznej znikają tak samo szybko, jak się na niej pojawiają. I przede wszystkim z alternatywą. Taką alternatywą, która jest dla mnie zbyt offowa. Argumenty, że jest tam też sporo miejsca dla elektroniki, jakoś do mnie nie trafiały. Tym wyobrażeniom towarzyszyły wizje wielkiego pola, oddalonego od cywilizacji o dziesiątki kilometrów. Gitary, natura i mały budżet.
Naprawdę nie wiem, skąd mi się to wzięło.

Nie mogę powiedzieć, że moje marzenie się spełniło, bo nigdy tak naprawdę o tym nie marzyłam. To wydawało się tak nieprawdopodobne, że nawet nie przyszło mi do głowy. Oni tu, w Polsce, na wyciągnięcie ręki niemal, i z największymi przebojami. W 1990 roku nigdy bym nie pomyślała, że to, co właśnie się rodzi, będzie na tyle silne, że po 21 latach zaprowadzi mnie do nich, na Torwar.

Od trzech lat pierwszy weekend czerwca należy do Krakowa i Burn Selector Festival, który chyba już na stałe wpisał się do imprezowego kalendarza. Choć tegoroczny skład nie rzucił mnie na kolana, było przyjemnie.

Gdy jakiś czas temu przez przypadek dowiedziałam się, że jedno z moich największych muzycznych odkryć pierwszego dziesięciolecia XXI wieku i zarazem jeden z moich ulubionych wykonawców, Parov Stelar, zagra w Krakowie, skakałam z radości. A gdy w dodatku okazało się, że wystąpi też w Łodzi nie mogłam uwierzyć we własne szczęście.

Najpierw był czarno-biały, niskobudżetowy (jeśli w ogóle można tu mówić o budżecie) klip, potem stopniowo narastające zainteresowanie alternatywnych mediów, wreszcie wyróżnienie przez BBC w corocznym plebiscycie na muzyczne nadzieje nadchodzącego roku. Dalej poszło już z górki – kontrakt z Sony, klip jeden, drugi, trzeci, zmasowany medialny atak na każdego, kto się nawinie.

Dużo się przez ostatnie 4 lata zmieniło. Odeszłam od światka „electro” już jakiś czas temu, bo był dla mnie po prostu za mały. Nic ciekawego już się tam nie dzieje, wszyscy powielają jedynie schematy, brakuje świeżości, brakuje nowych twarzy. Czołówkę okupują od lat niezmiennie te same formacje, którym i tak wiedzie się coraz gorzej. Być może Stephan Groth jako pierwszy dostrzegł, że nastąpił koniec ery dark electro i że jemu samemu pomysły w tym gatunku muzycznym już się skończyły.

Czekałam na Lykke od przeszło dwóch lat. Myślałam, że może Opener, może Free Form… A tu nagle, ni stąd ni zowąd, gruchnęła wieść o 10tych urodzinach mBanku i koncercie Lykke, w dodatku w Łodzi. Nigdy bym się nie spodziewała, zwłaszcza, że od „Youth novels” minęło już trochę czasu, a do drugiego albumu również pozostało jeszcze kilka miesięcy. Nie mniej jednak Lykke wystąpiła.

Pisząc o koncertach i festiwalach zazwyczaj pomijam stronę organizacyjną wydarzenia. Jednak w przypadku szóstej edycji Free Form Festival nie mogę o niej zapomnieć, ba – nawet od niej zacznę. W zeszłym roku na FFF mnie nie było, doszły mnie jednak słuchy, że festiwal zmienił lokalizację na Wytwórnię Wódek Koneser, zwaną teraz Centrum Kultury.

Kobiety starzeją się generalnie na dwa sposoby – albo robi się z nich galaretka, albo susz. Piękności, pragnąc zachować przemijającą urodę, wciąż starają się być ponętne i seksowne, niczym dwudziestolatki. I wiecznie walczą ze swoją galaretowatością. Te nieco brzydsze mają jednak zazwyczaj lepszy układ z czasem.