Zastanawiałam się ostatnio, na których wykonawców najdłużej czekałam – od momentu, kiedy się nimi zainteresowałam, do dnia, kiedy zobaczyłam ich na żywo. Na pierwszym miejscu znalazł się oczywiście duet Roxette (ponad 20 lat), na drugim zaś, co mnie już nieco zaskoczyło, Rammstein – 9 i pół roku. Nie wiem, co takiego stało się latem 2002 roku, ale nagle stwierdziłam, że „Sonne”, „Spiel mit mir” i „Klavier” to całkiem ładne, sympatyczne nawet piosenki. I tak jakoś zostało.
George Michael z orkiestrą symfoniczną, w dodatku na otwarciu Stadionu Miejskiego we Wrocławiu – wiadomo było z góry, że takiego wydarzenia przepuścić nie mogę. Choć tego typu występy wśród gwiazd pop nie są żadną nowością, George podjął się tego wyzwania dopiero teraz. Piszę dopiero, ponieważ minęło 12 lat od wydania „Songs from the last century”, czyli płyty, na której królowały właśnie takie aranże. O ile jednak tamten krążek był zaskoczeniem, o tyle koncert…
Jak zwykle zaczęło się od okładki. Mężczyzna (ujęcie z profilu) odziany na czarno z równie czarnym pióropuszem na głowie (ni to Jamiroquai, ni Natasha Khan) uchwycony w czasie przechadzki po lesie – na ziemi dywan z uschniętych liści, w tle powalone drzewa z powyginanymi we wszystkie strony gałęziami a nad całością unosząca się mgła. Tajemniczo i już trochę jesiennie. Tak wygląda z zewnątrz wyśniona kraina Suego Faults – romantyczna utopia nie z tego świata, która jest wytworem podświadomości Maksa McElligotta, ukrywającego się pod pseudonimem Wolf Gang.
No i stało się. Chyba najbardziej omijany przeze mnie polski festiwal w tym roku po raz pierwszy ugościł moją skromną osobę. Choć już od pierwszej edycji OFF gdzieś tam się za mną skradał, bardzo skutecznie go unikałam w przeświadczeniu, że to po prostu festiwal nie dla mnie. Zawsze kojarzył mi się przede wszystkim z gitarami, mało melodyjnym i mało hitowym graniem, zarówno sennym jak i hałaśliwym, oraz debiutantami, którzy ze sceny muzycznej znikają tak samo szybko, jak się na niej pojawiają. I przede wszystkim z alternatywą. Taką alternatywą, która jest dla mnie zbyt offowa. Argumenty, że jest tam też sporo miejsca dla elektroniki, jakoś do mnie nie trafiały. Tym wyobrażeniom towarzyszyły wizje wielkiego pola, oddalonego od cywilizacji o dziesiątki kilometrów. Gitary, natura i mały budżet.
Naprawdę nie wiem, skąd mi się to wzięło.
Nie mogę powiedzieć, że moje marzenie się spełniło, bo nigdy tak naprawdę o tym nie marzyłam. To wydawało się tak nieprawdopodobne, że nawet nie przyszło mi do głowy. Oni tu, w Polsce, na wyciągnięcie ręki niemal, i z największymi przebojami. W 1990 roku nigdy bym nie pomyślała, że to, co właśnie się rodzi, będzie na tyle silne, że po 21 latach zaprowadzi mnie do nich, na Torwar.
Generalnie nie jestem fanką gitar i mało konkretnych melodii, ale zdarzają się wyjątki, które potrafią mnie zainteresować. A skoro w dodatku o takim wyjątku piszę, to oznacza, że musi być naprawdę ciekawie.