Camouflage-26.03.2025

To było moje trzecie spotkanie z Camouflage… I tu się mogę uśmiechnąć, bo relację z koncertu 10 lat temu zaczęłam dokładnie tak samo 😉 Ale dla uściślenia – trzeci koncert był teraz, ale widziałam ich po raz czwarty. Za pierwszym razem koncert się nie odbył z powodu ulewy (Bolków, 2005), więc pierwszy prawdziwy raz, taki muzyczny, był w 2006 roku w Krakowie. Potem dopiero w 2015 w Warszawie. A teraz w 2025 roku, znów w Warszawie. Czemu, ja się pytam, czemu oni grają tak rzadko? Fakt, że nie są wybitnie płodnym zespołem, ale mogliby przecież koncertować bez wydawania płyt? Aczkolwiek wolałabym, żeby wydawali. No chyba, że zależy im na sold outach, w takim układzie faktycznie im się to udaje – warszawski koncert był wyprzedany na ładnych parę tygodni wcześniej. To jednak nie jest częste zjawisko w Polsce przy tego rodzaju muzyce, więc może to być powód do dumy. Widać, że Camouflage ma mocną pozycję w sercach fanów Depeche Mode. Z wielu grup, które wyrosły na fascynacji twórczością Martina Gore’a i spółki, to chyba Camouflage było najwierniejszymi kopistami i to oni cały czas pozostali najbliżsi brzmieniom lat 80-tych. Ale chociaż do niektóre ich utworów można bardzo dokładnie dopasować depeszowy pierwowzór, to mimo to nie brak im umiejętności tworzenia chwytliwych melodii, ubranych w cudowne, elektroniczne dźwięki. Absolutnie nie brak im też scenicznego powera, co udowodnili na każdym z koncertów, które widziałam, choć od pierwszego za chwilę minie 20 lat. I szczerze – dla mnie są one bardziej radosne i energetyczne od koncertów DM.
Marcus nigdy nie zawodzi. Jest fantastycznym frontmanem, który tańczy, skacze i ma super kontakt z publicznością, a przy tym daje radę wokalnie. Wszystko jest przy tym zupełnie naturalne i niewymuszone. Widać, że występowanie daje im radość. Tylko czemu robią to tak rzadko??? Muzycznie też nie można się do niczego przyczepić. Trasa “Rewind to the Future and Goodbye” to taki trochę best of – przegląd tego, co w twórczości Camou najlepsze, choć mimo wszystko z przewagą nowszych utworów. W secie nie mogło zatem zabraknąć sztandarowych “Love is a Shield” i “The Great Commandment”, są “Strangers’ Thoughts”, “Neighbours”, “Handsome”, That Smiling Face”, nowsze “Suspicious love” i “Thief” i sporo tego, co poznawałam już na bieżąco, gdy było wydawane – moje ukochane “Me and you”, magiczne “You Turn” (śpiewane przez Olivera jedynie z telebimu, ponieważ nie występuje na koncertach – nie znalazłam informacji czemu), świetnie sprawdzające się live “We are lovers”, które przechodzi w “Blue Monday”, czy ostatni hicior (heh… ostatni to znaczy sprzed 10 lat) “Shine”. To oczywiście nie wszystko. Oprócz wspomnianego coveru New Order, Camou gra też “Cold” The Cure, w bardzo ciekawej oprawie wizualnej (z wielką świetlówką). Jest jeszcze prawdziwy smaczek dla najbardziej wiernych fanów – “Fade in Memory”, utwór “demówka”, który jako pierwszy w historii zespołu zagościł w radiowym eterze. Na żywo wszystko wypada bezbłędnie – jest mocno, jest elektronicznie, jest porywająco, nic dodać, nic ująć. Pięknie wydłużony środek “Me nad you”, zanim wchodzi syntezatorowy motyw, czy cudowne intro do “Suspicious love”, po którym wchodzi dudniący motyw przewodni – to takie smaczki, których można doświadczyć tylko na żywo. Czysta przyjemność.
Po ogłoszeniu tej trasy, która w tytule zawiera słowo “goodbye” i jakimś dziwnym odliczaniu na stronie Camou, bałam się, że to może być trasa pożegnalna. Ale Marcus powiedział ze sceny, że pracują nad nowym materiałem. Oby to była prawda i oby nie kazali nam czekać na nową płytę kolejne lata. Trzymam mocno kciuki.