Albumy 2024

W minionym roku nie zasłuchiwałam się w wielu płytach. W 2023 roku było tego sporo i ciężko było wyłonić faworyta, zaś w 2024 faworyt wyłonił się stosunkowo szybko. Lub faworyci. Jak co roku było kilka albumów, po których spodziewałam się więcej, tymczasem przepadły w ostatecznym rozrachunku. Hooverphonic, IAMX, Scooter, mimo wszystko Emilie Simon. Miałam mieszane uczucia w stosunku do Weird Wolves – z jednej strony takie dźwięki mnie kręcą i bardzo lubię jak śpiewa Ava Gore, z drugiej płyta “My dreams are calling you” wydała mi się dziwnym, chaotycznym zlepkiem jakby niedokończonych utworów. BLACKBOOK na “Radio Strange” zaprezentowało kalkę utworów z debiutu. Niby fajne, ale jednak bledsze. Priest na “Dark Pulse” udali się bardziej w rejony EBMu i zimnych melodii, oddalając się tym samym ode mnie. “Don’t push this button!” Solar Fake nie porwało mnie tak, jak poprzednik. Combichrist na “CMBCRST” znów poszedł w metalową stronę, a to nie jest strona, dla której słucham Combiaka. Ashbury Heights wreszcie wydali coś naprawdę długiego… naprawdę długiego, ale też złożonego w sporej części ze znanych już utworów, a to zawsze sprawia wrażenie składaka. Niby ok, ale jako całość bardzo nierówna. Kompilacja “VII” Kite z jednej strony dobra, z drugiej jako całość jednak jak dla mnie trochę przytłaczająca. Dla Billie Eilish i jej “Hit me hard and soft” zabrakło mi wieczorów, choć płyta jest bardzo ładna i ewidentnie dobra. Bardzo przyjemnie słuchało mi się intrygującej St.Vincent i “All Born Screaming”, ale jednak nie wracałam do niej na tyle często, by mogła się załapać na podsumowanie. Bat for Lashes i “Dream of Delphi” jakoś przeszła obok. Zastanawiałam się nad Aurorą i “What happened to the heart?”, ale ostatecznie jednak nie do końca mogę powiedzieć, żebym faktycznie tej płyty aktywnie słuchała i do niej wracała, choć jest tu kilka utworów, które mi się podobają. Podobnie miałam z Charli xcx i jej kultowym już chyba “brat”. Mocno taneczna i niegrzeczna płyta, która bezwstydnie wykorzystuje chyba wszystkie patenty, by móc się nazywać hitową w obecnych czasach. I choć jestem do niej nastawiona pozytywnie, to jednak w ogólnym rozrachunku trochę mnie męczy i w gruncie rzeczy mam ochotę wracać tylko do dwóch utworów (jeden znalazł się w zestawieniu, drugi to “B2b”). Iwonę Skv i jej “1986” bardzo doceniam za piękne dźwięki i intrygujące teksty. Little Big po wydaniu tylu singli, że dałoby się z nich skleić całą płytę wypuścił coś nowego i niestety przepadł. Przykro mi, ale “Lobster Popstar” to zły kierunek. Niestety zaliczam ich już do grup, które straciły swoje „mojo”.
W zestawieniu jest zatem tylko garstka płyt, ale za to tych, do których naprawdę wracałam najchętniej i najczęściej. Creme de la creme. I wyjątkowo coś, czego dawno nie praktykowałam – z grubsza w kolejności, która ma znaczenie.



Bérèche You – “Business of Love”
Bérèche You to projekt Isaka Rypdala, chyba najlepiej znanego z Electro Spectre. W 2014 słuchałam ich płyty “Bullets & Desert Blooms” i z tego, co pamiętam, myślałam nawet nad umieszczeniem jej w muzycznym podsumowaniu, ale ostatecznie tego nie zrobiłam, choć przynajmniej “Love is a Criminal” powinnam była. To, że oba projekty łączy ta sama osoba, słychać od razu. Podobna przebojowość, podobne głębokie basy i ciepłe bity oraz swego rodzaju gładkość brzmienia. Produkcja “Business of Love” jest wręcz podręcznikowa, sterylna, taka na piątkę, bardzo ale to bardzo poprawna. Wszystko jest grzeczne i pod linijkę, próżno tu szukać jakichś zgrzytów czy choćby próby zejścia z utartej ścieżki. Ale to też chyba nie taka płyta, która miałaby takie ambicje. Tutaj jest miło dla ucha i bardzo, bardzo radiowo. Gdyby jakiś marketingowiec wziął ją w obroty, to pewnie wyskakiwałaby z lodówki. Już otwierające płytę “Someone like me” ustawia całą resztę i ciężko się od niego uwolnić. Utwór totalnie chwytliwy. Potem nastrój trochę siada, ale i tak dobrze się tego słucha. Tam, gdzie melodia nie chwyta jakoś bardzo za serce, sytuację zawsze ratuje brzmienie. To taka bardzo (synth/electro) popowa, ocierająca się o cukierkowość w swej przebojowości płyta, przy której jednak można dobrze się poczuć i nieźle potańcować.



Allie X – “Girl with No Face”
Choć wydana w lutym, trzecia płyta kanadyjskiej wokalistki Allie X przyszła do mnie dopiero pod koniec roku i bardzo, ale to bardzo przypadła mi do gustu. Cudownie popowa, wypełniona tak dobrymi kompozycjami, że mimo stosowania wielu sprawdzonych patentów, nie ociera się o banał. Bo wszystko jest tu tak, jak powinno. Doskonałe melodie, zapadające w pamięć refreny, sporo ejtisowej przebojowości, ciepłe bity i po prostu dobry wokal. Bardzo przyjemnie słucha się głosu Allie. To naprawdę soczysta płyta, która czerpie z estetyki lat 80. całymi garściami i bierze zdecydowanie to, co najlepsze.



Taylor Swift – “The Tortured Poets Department”
Taylor znowu to zrobiła. Udało jej się nagrać bardzo ładny, wypełniony bardzo dużą ilością słów i bardzo długi album. Jest bardzo romantycznie i trochę ejtisowo – czasem w brzmieniu, czasem w nastroju. To mógłby być soundtrack do popularnych w ostatnich czasach ekranizacji romansideł dla nastolatków i młodych dorosłych. Taylor najciekawiej i po prostu najlepiej brzmi, gdy śpiewa nisko i cicho, i wydaje się, że ona też to wie. Stosuje więc wszystkie sprawdzone sztuczki by stworzyć album, który będzie się podobał. I udaje jej się to. Mimo to czuję się w pewien sposób oszukana. O ile w ostatnim czasie dostrzegałam i doceniałam jej ewolucję, tak tym razem mam wrażenie, że wykorzystała sprawdzone patenty. Wcale nie musiała (jeszcze) nagrywać tej płyty, była w trasie po “Midnights”, mogła się skupić na promocji tamtych piosenek. Ale mam wrażenie, że nagrała ją po to by pokazać, że może. Że kiedy tylko ma ochotę może nagrać płytę, którą pokochają fani i krytycy. Że jest tytanem pracy i nieziemsko płodną songwriterką. Wg samej Taylor nagrała ją z potrzeby serca, bo bardzo tej płyty potrzebowała. No dobrze. W sumie w jej karierze takie tempo to norma. A przecież płyta jest naprawdę bardzo, bardzo ładna i melodyjna, nie ma się do czego przyczepić. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że sprytna bestia z tej Taylor, a ja połknęłam przynętę.



Daniel Pemberton – “Endurance“
Kiedy po przypadkowym wysłuchaniu jednego utworu serce bije ci tak szybko, że czujesz, że musisz wysłuchać całego albumu, to znaczy, że jest dobrze. A gdy jeszcze okazuje się, że ten album to muzyka do filmu – filmu dokumentalnego, który w dodatku za kilka dni będzie można zobaczyć w telewizji, to już w ogóle. Chcesz wysłuchać i płyty, i obejrzeć film. Ale to nawet nie musiałaby być muzyka ilustrująca niezwykłą wyprawę Ernesta Shackeltona na Antarktydę tytułowym statkiem Endurance. I bez obrazu broni się sama w sobie. Cudownie elektroniczna, mroźna, głęboka. Czasem tajemnicza, czasem chwytająca za serce. Czasem ubierająca w dźwięki powagę sytuacji bez wyjścia, czasem ukazująca promyk nadziei. Po prostu piękna i wciągająca. Fascynują mnie takie dźwięki.



The Cure – “Songs of the lost world”
Piekło zamarzło, świat się kończy. Nie myślałam, że kiedykolwiek napiszę coś o The Cure, i to jeszcze w samych superlatywach. Tymczasem dałam się namówić na przesłuchanie niespodziewanie wydanej nowej płyty Roberta i spółki… i przepadłam. Jakie to jest ładne i wyciskające emocje. Ściska słuchacza jak cytrynę już od pierwszych dźwięków. Zaczyna się tak, jakby już się kończyło – od dużych i w pełni rozwiniętych aranżacji, od melodii, które raczej wieńczą utwór niż go zaczynają. Nie wchodzimy w ten świat stopniowo, tylko od razu lądujemy w samym centrum wydarzeń, tam gdzie są fajerwerki i wielkie uczucia. Choć może raczej jest to bardziej koniec historii niż jej środek. Bo temat końca przewija się tu także w warstwie lirycznej. Zachwyca mnie to, jak pięknie udało się go tutaj opowiedzieć za pomocą melodii, aranżacji i słów.
Czy oni zawsze robili takie płyty, a ja tego nie dostrzegałam?



London Grammar – “The Greatest Love”
Po kilkuletniej przerwie znów w moich słuchawkach zagościło brytyjskie trio London Grammar. Przegapiłam dwie płyty, zatrzymałam się wreszcie na czwartej, która bardzo miło otuliła moje jesienne wieczory. Debiut zapamiętałam jako spokojniejszy i smutny, tymczasem “The Greatest Love” jest w wielu miejscach melancholijna, ale i ciepła. Nie ma tu utworów do płaczu, za to przy wielu można się uśmiechać. To takie przyjemne przytulańce, którym wyrafinowania nadaje piękny, głęboki głos Hannah Reid.



Echoberyl – “Through the Chaos”
Muzyka Echoberyl na pierwszy rzut oka to nie do końca moje klimaty. Nigdy nie byłam fanką takiego sposobu śpiewania, jaki prezentuje Cecilia Dassonneville. Dla mnie to takie monotonne zawodzenie. Do tego w muzyce dominują klimaty coldwave i darkwave czyli wieje chłodem. A jednak jest tu coś zdecydowanie więcej. Owszem, jest zimno, ale Cecilia i Adriano podają nam szalik i czapkę. Płyta broni się przede wszystkim ciekawymi melodiami, które choć nie od razu, to jednak zapadają w pamięć, i elektronicznymi smaczkami. Przyjemnie się tego słucha, a i jest przy czym potańczyć.



Black Nail Cabaret – “Chrysanthemum”
Poznałam BNC stosunkowo niedawno, dlatego tym bardziej się cieszę, że nie musiałam długo czekać na wydanie nowej płyty i mogłam się nią cieszyć od samego początku. Nie mam za bardzo porównania z wcześniejszymi nagraniami, ale z drugiej strony, czy ono jest potrzebne? Świat “Chrysanthemum” zdecydowanie mnie wciągnął. Jest mroczny, chłodny i zmysłowy, a przez nienachalne, wyrafinowane melodie prowadzi piękny, niski głos Emese Arvai-Illes. I choć zaczyna się dość spokojnie, to nie brak tu utworów, przy których można się pobujać. Jednocześnie jest też co kontemplować, a wsłuchiwanie się w fuzję dark popowej elektroniki i niebanalnych linii melodycznych, które przywodzą mi czasem na myśl klimaty trip hopowe, jest fascynującą podróżą w nieznane.



TR/ST – “Performance”
Sporo czasu upłynęło, gdy ostatni raz słuchałam TR/STa w momencie, gdy wydał nową płytę. W tym roku zmusił mnie do tego koncert, który mimo różnych perturbacji w końcu jednak się odbył. I bardzo się cieszę, że w końcu znowu się spotkaliśmy, bo projekt Roberta Alfonsa od zawsze uważam za niezmiernie ciekawy. Może nie jest to już takie odkrycie, jak za pierwszym razem, bo jednak poruszamy się cały czas w tych samych klimatach, ale mimo to pomysłów tu nie brakuje i wciąż muzyka TR/ST jest dla mnie interesująca. Nigdy nie wiem czego się spodziewać, nie potrafię odgadnąć kolejnej nuty, a mimo to utwory wpadają w moje ucho. Takie połączenie zagadkowości i przebojowości zawsze sprawia, że nie potrafię się znudzić i wciąż odkrywam coś nowego. “Performance”, poprzedzone świetną i zaskakująco taneczną EPką, trzyma ten poziom. Jak każdej płycie TR/ST i tej trzeba dać trochę czasu, ale warto. Na pierwszy rzut oka (ucha 😉 ) może się wydawać, że jest trochę nijako, bo to płyta ani szybka, ani wolna, ani na imprezę, ani do przytulańca. Ale przy każdym kolejnym przesłuchaniu odkrywa się jej niuanse i dostrzega, że ta muzyka wciąga. Do tego pełno tu nieoczywistych hitów.
Chce się tylko więcej.