Sever Synth Fest – 9.11.2024

Tylko raz byłam na koncercie za granicą – lata temu, w Berlinie. Zawsze wydawało mi się to zbyt drogie i zbyt męczące. Dlaczego więc wybrałam się do Czech? Przede wszystkim skład festiwalu, a w nim głównie Rotersand. Widziałam Rotersanda tylko raz, w 2006 roku w Krakowie, i był to jeden z najlepszych koncertów w całym moim życiu. Do tego De/Vision i Covenant, i nawet Empathy Test, czyli bardzo miłe dodatki. Po drugie – cena. Trochę ponad 170 zł za taki lineup (a nie zapominajmy jeszcze o czeskich zespołach) w porównaniu chociażby do nadchodzącego VNV Nation, gdzie cena biletów zaczyna się od 130 zł, to tanio jak barszcz. Po trzecie – zorganizowany przejazd ekipy z Łodzi – wygodniej i taniej niż gdyby jechać transportem publicznym. Wreszcie po czwarte – termin. Sobota w trakcie długiego weekendu przed Świętem Niepodległości, które wypadało w poniedziałek – będzie czas na regenerację. To wszystko sprawiło, że festiwal wydawał się być naprawdę dobrym dealem.
Ale żeby nie wszystko było tak różowo wieczorem przed wyjazdem dowiedziałam się, że Rotersand jednak nie wystąpi – wokalistę powaliła choroba. To był spory zawód, bo nie oszukujmy się, zarówno D/V, jak i Covenanta widziałam już wiele razy i nie jechałabym za granicę tylko dla nich. Podobnie zresztą jak nie jechałabym dla samego Rotersanda. No ale nie było już za bardzo odwrotu. Organizatorzy zareagowali błyskawicznie i zmienili grafik – najpierw raz – zdążyli nawet wydrukować ulotki, a potem ponownie. Najpierw Absurd Minds, którzy mieli grać na samym końcu, o zabójczej 1 w nocy, trafili na sam początek na miejsce Rotersanda – na 16:30. To było bardzo dobre posunięcie. Dzięki temu festiwal mógł się skończyć wcześniej, a nie oszukujmy się, Absurd Minds nie jest i nigdy nie był aż tak dużą gwiazdą by zamykać lineup. Poźniej De/Vision z godz. 23:05 zostało przesunięte na 20:40, zamieniając się miejscami z Covenantem, który miał grać dłuższy set.
Koncerty zagranicznych gwiazd były przeplatane występami Czechów. Przyznaję, że za bardzo się nie przygotowywałam pod tym względem, bo miały być dwie sceny i nastawiałam się przede wszystkim na główną. Nie przyszło mi do głowy, że obie będą w jednym pomieszczeniu, co również uznaję za plus. Dzięki temu wszystko szło szybko i sprawnie, i nie było sytuacji, że ktoś musiał odpuścić Czechów. Dzięki temu zobaczyłam Lakeside X, na którym też mi zależało.
Organizacyjnie było naprawdę w porządku i nie było chyba ani jednego spóźnienia. Samo miejsce – Dum Kultury – również mi się podobało. Duża szatnia, potem część barowo-sklepikowa ze stołami i dużą ilością miejsca do siedzenia i do tego spora sala główna. I nawet łatwe wyjście do wc z koncertów, bo prosto z głównej sali. Jedyne do czego mogę się trochę przyczepić, to płatności. W sklepiku nie można było płacić kartą – ale to raczej wina managementu wykonawców niż organizatorów festiwalu. Do tego nie każdy pomyślał, że jesienią trzeba skorzystać z szatni, a szatnia jest płatna. Przecież nawet w Polsce nikt nie płaci za szatnię kartą. Więc tu nauczka na przyszłość – lokalne drobniaki na szatnię zawsze muszą być. Poza tym organizator mógł jeszcze pomyśleć o jakimś jedzeniu. Wprawdzie na początku festiwalu dało się kupić kanapki, ale była ich symboliczna ilość. Później zostały już tylko chipsy i chyba jakieś orzeszki. Jak na początkowo planowane 9 godzin festiwalu to jednak trochę mało.
Sam zaś Liberec do bardzo ładne miasto. Sprawia wrażenie małego i przytulnego, chociaż mieszka w nim ok. 100 tys osób. Byłoby się tutaj gdzie powłóczyć. My ograniczyliśmy się jednak głównie do rynku, na którym spotkaliśmy De/Vision.

Festiwal rozpoczął się punktualnie o 16:30 koncertem Absurd Minds. Nigdy ich nie słuchałam i dopiero teraz przed wyjazdem przesłuchałam kilka piosenek. Czasami miałam wrażenie, że coś straciłam nie znając ich wcześniej, ale na dłuższą metę nie dostrzegłam w tej muzyce nic wyjątkowo porywającego. Tak też było na koncercie. Poprawnie.

Później postanowiłam dać szansę Empathy Test. Fani ich kochają, krytycy nie mogą się nachwalić, a mnie jakoś za pierwszym razem nie powalili. Ani live, ani na płytach. Nie mówię, że w ogóle mi się nie podoba, ale mimo że jest to muzyka, która ma grać na emocjach, u mnie ich jakoś nie wywołuje. Obejrzałam jednak koncert z otwartą głową i w skupieniu. Na pewno muszę przyznać Isaacowi Hawlettowi, że wokalnie wypada fenomenalnie. Na żywo brzmi identycznie jak na nagraniach, a jego utwory przecież wcale nie są łatwe. Do tego na scenie czuje się swobodnie, mimo że w grzecznym płaszczyku i fryzurce z grzywką wygląda na dość zamkniętego w sobie i odstaje od image’u prezentowanego zazwyczaj przez gwiazdy tego typu festiwali. Ale też samo Empathy Test nie wpisuje się w sposób oczywisty w nurt synth-dark-futurepop. Isaac kilkukrotnie przemówił do publiczności. Np. że cały czas źle wymawiał nazwę miasta, mówiąc “Liberek”, no ale jest tylko Anglikiem. Albo gdy pytał publiczności skąd przyjechała. Czy jest tu ktoś z Niemiec? Odpowiedział mu gromki okrzyk i uniesione ręce. Czy jest tu ktoś z Polski? Kolejny okrzyk. Czy jest ktoś z Wielkiej Brytanii? Zauważyłam uniesione dwie ręce. I wreszcie: a czy jest tu w ogóle ktoś z Czech? O dziwo znów pojawił się okrzyk. Zabawne, ale też miałam wrażenie, że Czechów jest tam najmniej.
Było niby miło i przyjemnie ale po jakichś 3 piosenkach zaczęło mi się trochę nudzić. To jednak nie jest typ melodii, który jest w stanie wzbudzić we mnie głębsze uczucia. Mogę docenić wokal, dźwięki, nieszablonową sekcję rytmiczną, performance, ale większej miłości tu jednak nigdy nie będzie.



Czeskie P.M Band i Decline obejrzałam jednym okiem. Nie wiem jaki jest rodowód tych zespołów, ale wydały mi się bardzo gitarowe i nie jestem pewna czy pasowały do lineupu.
Na De/Vision o dziwo wylądowałam stosunkowo daleko od sceny. Jest to tym dziwniejsze, że generalnie na festiwalu nie było tłumów. Mam wrażenie, że na ich koncertach w Polsce ludzi jest więcej i nie da się tak łatwo podejść do sceny.
D/V miało grać tylko godzinę, więc od razu można było się spodziewać, że będzie to typowo festiwalowy set i taki właśnie był. Wyrzucono wszystkie smęty i zapychacze, a zostawiono samo mięso – najbardziej taneczne, najmocniejsze i najbardziej nośne kawałki. I wszystkim wyszło to na dobre, bo koncert naprawdę był świetny. Utanecznione “Star-crossed Lovers”, “mAndroids”, “Dinner without Grace”, były wstępem do “Time to be alive”, “What’s Love is all about”, “I Regret”, “Rage”, “Your hands on my Skin”, “Try to forget” i “Flavour of the week”. D/V na płytach może brzmieć delikatnie, ale live naprawdę potrafi dać czadu i sprawić by ich piosenki brzmiały potężnie.
Chyba wszyscy dobrze się bawili, łącznie ze Steffenem i Thomasem, którzy wydawali się wyluzowani i w dobrych humorach. Ten koncert to był prawdziwy fun. Nie za długo, nie za krótko, w sam raz.

10 minut później na małej scenie pojawił się Lakeside X. Niestety za długo stałam w kolejce do baru, więc przeleciała mi moją ulubiona piosenka z ostatniej płyty. Ale sam koncert był naprawdę spoko. Do tego był chyba najlepiej oświetlony, a i można było podejść najbliżej dzięki temu, jak była u ustawiona scena. Swoją drogą myślałam, że ten zespół jest trochę młodszy 😉 Ale ze wszystkich czeskich występów ten podobał mi się najbardziej. Myślę że dlatego, że po prostu tę muzykę trochę znałam, a poza tym była najbardziej synthpopowa.

Pod koniec zaczęłam się już wycofywać w kierunku dużej sceny żeby nie popełnić tego samego błędu co na D/V i tym razem być bliżej. Nie wiedziałam czego spodziewać się po Covenancie. Właściwie nie liczyłam już na nic, choć miałam trochę nadzieję, że główna scena podziała mobilizująco. I w tym przypadku koncert nie był specjalnie długi, zaledwie godzina dwadzieścia minut, więc można było liczyć na samo gęste. Zaczęło się od intro, na szczęście nie aż tak długiego jak rok temu w Warszawie, które przeszło płynnie w “Stalkera”. Ponownie na scenie panował półmrok, ale tym razem przynajmniej był telebim. W którymś jednak momencie Eskil poprosił o mniej światła i więcej dymu, a pod sam koniec dał jeszcze kolejne instrukcje co do oświetlenia. Tak sobie myślę, że chyba takie rzeczy powinno się ustalać przed koncertem. Efekt jednak został osiągnięty – było ciemno i tajemniczo, a na scenie, wśród ciężkich elektronicznych dźwięków, widać było tylko cienie. Miało to swój klimat. I tym razem sam dźwięk również był ok. Nic mnie w jego jakości ani brzmieniu nie drażniło. Czyli jednak można. Ale żeby nie było tak różowo – tym razem zostało skopane “Dead Stars”. Nie wiem czy to inwencja twórcza klawiszowca, czy jednak jakieś problemy techniczne – mam wrażenie że w tym przypadku jednak to drugie- sprawiły, że w utworze pojawiła się jakaś alternatywna melodia, nie pasująca do całości. Zniknęła dopiero pod koniec. Brzmiało to dla mnie tak, jakby klawiszowiec chciał zagrać jedno, ale klawisze grały drugie. Co nie zmienia faktu, że jeszcze w kilku innych utworach pojawiły się dźwięki, których w oryginale nie było i które w tym przypadku były już na pewno zamierzone. Tyle że niezbyt potrzebne. Niektórym przeszkadzało jeszcze to, że klawiszowiec po mojej lewej za często chwytał za mikrofon, ale akurat mnie to nie drażniło. Moim zdaniem trzymał się w ryzach. Sam zaś Eskil był w dobrej formie. Śpiewał dobrze, nie miał problemów z tekstem, wchodził w dobrych momentach. Set również był ok – były spokojniejsze “Bullet”, “I close my eyes” i “Invisible and Silent” oraz parkietowce – “The Men”, “Ritual Noise”, “Last Dance” czy nieśmiertelne “Like Tears in the Rain” i “Call the Ships to Port”. Ale żeby przypadkiem wrażenia koncertowe nie były aż nadto dobre, po kończących set statkach nagle wybrzmiały pierwsze takty “We stand alone”. Przyznaję, zdziwiłam się, bo byłam przekonana, że “Call the Ships to Port” kończy koncert. Ale po chwili “We stand alone” zostało wyłączone a my usłyszeliśmy okrzyk “Thank you”. Tak więc tak…
Nie mniej jednak to był naprawdę dobry koncert, zwłaszcza biorąc pod uwagę skłonność do wszelakich wpadek jakie ma Eskil i spółka.

Festiwal zamknął występ szwedzkiej Vanessy, legendy EBMu, która zdołała rozruszać łódzką ekipę. I faktycznie brzmiało to nieźle, pod warunkiem że się lubi EBM. Ale wśród lokalnych zespołów dla mnie Vanessa plasowała się na drugim miejscu po Lakeside X.

Generalnie pierwsza edycja Sever Synth Fest zebrała pozytywne recenzje. Słyszałam już, że niektórzy wpisują go w kalendarz stałych imprez. Ale czy będzie jeszcze jakaś edycja to czas pokaże. Podobała mi się ilość ludzi, ale nie wiem czy była wystarczająca by wydarzenie się zwróciło. Chociaż sponsorów było kilku a i lokalizacja każe sugerować, że samo miasto maczało w tym ręce. Poza tym rok temu miało tu miejsce wydarzenie o nazwie Sever Synth City, z którego zdaje się wyewoluował tegoroczny festiwal. Życzę mu wszystkiego najlepszego i będę trzymać kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia. A czy ja pojadę na kolejną edycję? Raczej wątpię czy będzie mi się chciało, choć kto wie…