Eurowizja 2024 – przed finałem

Podczas pandemii powróciło moje zainteresowanie Eurowizją i chociaż do teraz nieco już osłabło, to póki co uczestniczę w zabawie. W tym roku niestety czas nie pozwolił mi na wcześniejsze zapoznanie się z uczestnikami i piosenkami, więc robiłam to na ostatnią chwilę – dzień przed pierwszym finałem obejrzałam na YouTubie wszystkich uczestników pierwszego koncertu, a następnie powtórzyłam ten sam zabieg przed drugim koncertem. Tegoroczni konkurenci trzymają poziom, ale nie mam wyraźnych faworytów, ani niczego co jakoś szczególnie chwyciło by mnie za serce. Jest jednak przyzwoicie. Czasy, gdy na Eurowizję trafiały piosenki klasy B, delikatnie mówiąc, a podczas występów można było przyciąć komara, na szczęście minęły bezpowrotnie. Teraz to jest wielkie, kolorowe i ekscytujące show. I chociaż generalnie nie jestem wielką fanką takich inscenizacji, to jednak trzeba przyznać, że w telewizji ogląda się to bardzo dobrze, a walor rozrywkowy jest wysoki. Czasem jednak mam wrażenie, że nie każdy powinien tańczyć, bo wpływa to negatywnie na wokal. Poza tym wszechobecny playback sprawia, że czasem ma się wręcz wątpliwości, czy cokolwiek jest śpiewane na żywo. W każdym razie w tym roku, jak i w ostatnich latach, jest sporo tanecznych numerów i masa dziewczyn w body, jest kilku dziwaków i jajcarzy, są też bardziej gitarowe i ostre występy, jak i dramatyczne ballady. Mam jednak wrażenie, że wszystkie najciekawsze utwory trafiły do pierwszego półfinału. Drugi wypadł przy nim strasznie nudno i blado. Taki podział sprawił niestety, że odpadło kilka naprawdę fajnych piosenek, a przeszło kilka zapchajdziur. Przed dzisiejszym wielkim finałem postanowiłam opisać, co zapadło mi w pamięć po półfinałach.

Z kategorii piosenek taneczno-hipnotyzujących, których mogłabym słuchać z własnej woli, mamy dwie – Silvester Belt z Litwy z “Luktelk” oraz gospodarze tegorocznej Eurowizji, reprezentujący Szwecję Marcus & Martinus z “Unforgettable”. Oba utwory są dość chłodne i ładnie bujają.

Miano najdziwniejszego i najbardziej kontrowersyjnego tegorocznego występu przypadło Irlandii i Bambie Thug z utworem “Doomsday blue”. Przyznaję, że jest to utwór dziwaczny, trudny, coś czego chyba niełatwo by się słuchało w słuchawkach. Zwrotka jest zaiste przerażająca, wymelorecytowana, po niej pojawia się krzyk, a refren, o dziwo, jest bardzo spokojny i ładny. Całości dopełnia oprawa wizualna – trochę Alicja w Krainie Czarów na sterydach, trochę czarownica. Klip zdecydowanie ma klimat, a i występ na żywo był bardzo ciekawy. Było naprawdę niepokojąco, a Bambie wraz z tancerzem poruszali się w obrębie pentagramu. Naprawdę ciężko było oderwać wzrok, mimo że wokalnie w refrenie nie było idealnie. To był po prostu performance. To ten typ utworu, który można kochać lub nienawidzić. Może nie jestem na 100% przekonana, ale jestem na tak.

Piosenka ukraińska to już chyba osobna kategoria w konkursie. Propozycje naszych wschodnich sąsiadów są zawsze ciekawe i stoją na bardzo wysokim poziomie. Bez względu czy to folk, czy pop, czy hip hop zawsze mamy do czynienia z wpadającą w ucho i niebanalną melodią. Tak jest i tym razem. Nisko zaśpiewany, nieco smutny, ale porywający refren długo nie pozwala o sobie zapomnieć.

Słowianie to jednak mają fantazję. Baby Lasagna z Chorwacji jest w mojej ścisłej czołówce faworytów. To ten typ, który mógłby przybić piątkę Kaariji z Finlandii. U Chorwata zdecydowanie dominują wpływy Rammsteina, ale trzeba przyznać, że potrafi przyzwoicie zrzynać. Do tego dochodzi iście słowiańsko-chłopska wizualizacja, ale taka po nowoczesnemu, a więc mamy imprezę z krowami i kurami. Troszkę cały obrazek psuje mi refren, który na tle zwrotki wypada moim zdaniem już jako nieco mniej lotna zrzynka, coś na zasadzie: w dzieciństwe chciałem być jak Linkin Park, ale nie umiem. Za to pod koniec wchodzi iście klubowy motyw z bitem, który jest wisienką na torcie dla wytrwałych. Może i nie ma wielkiego szału, ale jest fun.

Pozostając w bloku państw byłej Jugosławii, podobała mi się także propozycja Słoweńców. “Veronica” w wykonaniu Raiven to utwór poważny, mroczny, powiedziałabym nawet, że nieco mistyczny i tajemniczy. Smaczku dodaje charakterystyczny dźwięk w refrenie. Nie sądzę, żeby ostatecznie ten utwór zaszedł wysoko, ale cieszę się, że przeszedł dalej.

Serbia natomiast, którą w ostatnich dwóch latach uważałam za bardzo ciekawą, w tym roku zaprezentowała utwór ładny, ale nieco nudny. Udało jej się jednak przejść dalej, w przeciwieństwie do Mołdawii. Występ Natalii Barbu był zupełnie inny niż na krajowych eliminacjach i odbiegał także od oficjalnego klipu, co było moim zdaniem błędem. Zdecydowanie większe wrażenie zrobił na mnie live wraz z czterema chórzystkami, które identycznie wyglądały i identycznie się ruszały, a pod koniec chwyciły za skrzypce wraz z Natalią, niż jej bardzo jasny, ukwiecony i samotny występ w półfinale. Klimat piosenki zupełnie się zmienił i jednocześnie utwór dużo stracił moim zdaniem. Nie pomogły nawet fenomenalne arie operowe pod koniec, ani chwytliwy refren. Szkoda.

Tak dochodzimy do utworów, za które trzymałam kciuki,a niestety odpadły.
Czechy – Aiko i “Pedestal”, czyli pierwsza cokolwiek warta piosenka drugiego półfinału. Cofnięcie się w czasie do rocka końca lat 90tych, do klimatów Garbage i zespołu Republica. Bardzo porządny, chwytliwy kawałek z fajnym tekstem. Przepadł. Nie wiem czemu.

Moja druga faworytka, kto wie czy nie całego konkursu – Dania. Saba zaśpiewała utwór “Sand”, który spełniał wszystkie eurowizyjne kryteria i może dlatego niektórzy uznali go za aż nazbyt oczywisty. Utwór zawiera chwytliwy motyw, który każdy może zaśpiewać, pięknie się rozwija, ma duży refren, jest pogodny, choć nie głupio optymistyczny. Jest dumny. Niestety w trakcie półfinału coś nie wyszło i wokalnie nie zabrzmiał tak dobrze, jak powinien. W dolnych partiach zdecydowanie źle się działo. Może dlatego odpadł…

Odpadł także Mustii z Belgii. Jego “Before Party’s over” brzmi jak coś, co już kiedyś słyszałam, ale i tak mi się podoba. To bardzo porządna piosenka, z gorzkim refrenem. Chociaż i tutaj w refrenie mogłoby być czyściej. Końcówka jednak miała moc.

Na szczęście przeszła Estonia. Ponoć na Eurowizji nie było jeszcze piosenki z tak długim tytułem – “(nendest) narkootikumidest ei tea me (küll) midagi”, a wykonują go dwa składy: 5MIINUST x Puuluup. To dziwny utwór, wrzucony przez Artura Orzecha do kategorii “joke entry” z czym nie do końca się zgadzam. Może nie jest do końca na serio, ale raczej bliżej mu do propozycji Chorwacji niż Finlandii. Jest fajnie skoczny, zawiera folkowe elementy, a panowie go wykonujący są dość poważni. Słuchałabym i bez Eurowizji.

Czego bym natomiast nie przepuściła dalej? Finlandii. Po zeszłorocznej prawie wygranej Kaariji puścić na Eurowizję taki pastisz… Powinni się wstydzić. Windows95man i “No Rules” to jedna z najgorszych piosenek i jeden z najgorszych eurowizyjnych występów, jakie kiedykolwiek widziałam. To nie jest śmieszne, to jest żenujące i nie mam pojęcia czemu po scenie biega facet w cielistych majtkach udający, że wcale ich nie ma na sobie. I co ma do tego wszystkiego Windows 95?
Gruzja jest typowym zapychaczem, podobnie jak Luksemburg. Izrael, mimo że z dobrze zaśpiewaną piosenką, brzmi dla mnie jednak trochę nudno. To już było. Niemcy niby też mają utwór, który gdzieś już słyszeliśmy, ale ten jest zdecydowanie bardziej porywający i ma spore zadatki na radiowy hit. Natomiast Olly Aleksander i jego “Dizzy”, które początkowo mnie zawiodło, a teraz brzmi dla mnie jak hołd dla Pet Shop Boys, jest banalne, ale zyskuje z czasem.
A gdzie w tym wszystkim jest Polska? Luna i „Tower” niestety odpadła. Szczerze powiedziawszy było to dla mnie zaskoczenie. Piosenka była przyzwoita, optymistyczna, ale nie głupia ani nie denerwująca, wpada w ucho i zapada w pamięć. Performance też był niczego sobie, choć sprawiał wrażenie nieco pociętego. Podobały mi się ujęcia z koniem i chwilę mi zajęło zanim się zorientowałam, jak to zostało zrobione. Wokalnie jednak mogło być lepiej. Wydaje mi się, że Luna lepiej poradziłaby sobie na żywo w spokojniejszym utworze. A tak brzmiała trochę tak, jakby starała się za bardzo przekrzyczeć muzykę, która niestety ją zagłuszała.

Za kogo będę więc dziś trzymać kciuki? Najbardziej za Chorwację, ale i za Ukrainę. I za Estonię. I ba, za Irlandię.