W 2009 pisałam, że czegoś mi brakowało, w 2013, że nie czułam się na swoim miejscu, a w 2022 roku napiszę, że… mi się podobało, każdą piosenkę znałam i każdej słuchałam z uśmiechem na twarzy. Nie wiem jak to się stało, ale jakimś cudem przez te wszystkie lata White Lies stał się zespołem, którego słucham. Po prostu. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałam jakiś ich klip, nie wiem czy kiedykolwiek przeczytałam o nich choćby jeden artykuł, teksty znam mocno szczątkowo, a tytułów piosenek czasem wcale, a mimo to są ze mną. Towarzyszą mi. Ich debiut to dla mnie czas, gdy siedziałam w domu nie robiąc nic poza graniem w Simsy i słuchaniem greckiego, internetowego radia, dzięki któremu poznałam masę świetnej muzyki. Ich trzecia płyta to soundtrack do wielkiej zmiany w moim życiu, jaką była przeprowadzka, ich ostania płyta to zamiennik kawy w czasie home office’u. A więc są ze mną i stwierdzam, że polubiłam ich całościowo. Poza kilkoma piosenkami, które można policzyć na palcach jednej ręki, praktycznie niczego nie wyróżniam. Słucham jak leci i dobrze mi z tym, co chyba świadczy o tym, jak równy poziom reprezentuje zespół. Zaakceptowałam to, że nie powielają „To lose my life” i że był to jeden utwór na milion, że ocieplili brzmienie, że rzadko która ich piosenka od razu mnie porywa, ale jednocześnie nie ma takich, które mi się zupełnie nie podobają i z czasem praktycznie każdą zaczynam nucić.
Więc tym razem nie szłam już na koncert jako ktoś, kto nie do końca wie, o co tu chodzi. Tym razem wiedziałam czego się spodziewać, wiedziałam już jaki jest ten zespół i szłam po prostu dobrze się bawić. I tak też się stało, chociaż znajomość piosenek odgrywa tu kluczową rolę. Nie wiem czy to kwestia nagłośnienia, miejsca, w którym stałam, czy po prostu gatunku muzyki, ale dźwięki zlewały mi się w całość, natomiast tekstów praktycznie w ogóle nie rozumiałam. Gdybym nie znała piosenek, mogłabym mieć problem.
Sama zaś setlista była jak dla mnie ułożona na odwrót. To był koncert grany od tyłu. Najpierw totalna miazga w postaci mega mocnych i dynamicznych „Farewell to the Fairground” i „There goes our love again” oraz „Am I really going to die” (ja bym zaczęła od tego albo od „As I try not to fall apart”), zwieńczonych „To lose my life”, podczas którego z nieba (z sufitu 😉 ) poleciało czarne konfetti… Po takiej dawce powera koncert mógłby się właściwie już skończyć, bo ten początek wyglądał i brzmiał jak koniec. Ale oczywiście się nie skończył ;-). Potem nastąpiła przeplatanka różnych piosenek z całego okresu kariery – było więc np. i dynamiczne „Hurt my Heart”, i ejtisowe „Is my love enough”, i moje ukochane „Big TV”, i taneczne „Tokyo”, ale i niespodzianka w postaci „E.T.S.”, a na koniec kolejna trójca, która jednak miała mniejszą siłę rażenia od początkowej: „Death” (też bym przerzuciła na początek) z zabójczo migającymi światłami (jeśli ktoś ma problem ze stroboskopem, to na pewno nie wyszedłby z tego bez szwanku), dość spokojne „As I try not to fall apart” i „Bigger than us”, podczas którego znów poleciało na nas konfetti i balony. „To lose my life” nigdy nie było kreowane na największy hit zespołu, więc nie ma się co dziwić, że nigdy nie zamyka setlisty. Z kolei „Bigger than us” na początku brzmi skromnie, ale potem zamienia się w ścianę dźwięku, może nie najbardziej dynamiczną, ale jednak dającą wrażenie pełni. Można się spierać o kolejność utworów i stopniowanie napięcia, ale właściwie nie ma to większego znaczenia jeśli ma się do czynienia z zespołem, który ma w swojej dyskografii wiele nieoczywistych hymnów i żadnego wyraźnego przeboju numer 1.
Ja na przestrzeni lat przekonałam się, że lubię całe White Lies, więc nie miałam jakichś wielkich oczekiwań co do setlisty i z uśmiechem przyjmowałam wszystko, co zagrali. Chociaż… może w przyszłości mogliby dla urozmaicenia wpleść też coś wolniejszego, jak „Turn the Bells” lub „Change”? 😉




