
Tworząc dział 90’s zamierzaliśmy pisać przede wszystkim o gwiazdach muzyki eurodance. Jak jednak można mówić w ogóle o latach 90tych, nie wspominając o nim? O Królu Popu.
Wczoraj późnym wieczorem i dziś rano Polską wstrząsnęła wiadomość, której nikt się nie spodziewał.
Michael Jackson nie żyje. Król odszedł.
A wraz z jego odejściem skończyła się pewna epoka. Epoka wielkiego, wspaniałego, melodyjnego i porywającego popu. Epoka prawdziwych gwiazd, kultowych postaci popkultury i prawdziwego szaleństwa na ich punkcie.
Nie ma na ziemi człowieka, który nie znałby jego nazwiska i przynajmniej jednej jego piosenki. Jego charakterystycznego głosu i brzmienia, które zawsze dawało się rozpoznać. To, że jest Królem Popu było… jest tak oczywiste jak to, że Ziemia krąży wokół słońca. Oczywistość, nad którą się nie rozmyśla i której się nie kwestionuje, bo tak po prostu jest.
Wszyscy znamy początki tej historii. Wielodzietna rodzina, rygorystyczny ojciec nie stroniący od kar cielesnych. Ameryka poznała go jako kilkuletniego chłopca, który wraz ze starszymi braćmi, jako The Jackson 5, wyśpiewywał „ABC” czy „I want you back”. I czarował. Najmłodszy, najmniejszy, ale piekielnie zdolny. Cudowne dziecko, cudowny głos, wielki talent i dojrzałość sceniczna.
The Jackson 5 – „I want you back”
https://www.youtube.com/watch?v=sVSYJXpD2_E
Zadebiutował w wieku 6-7 lat i właściwie do końca życia nie zszedł ze sceny. To był jego żywioł, jego życie. Na scenie był kochany, podziwiany i uwielbiany. Poza nią czuł się zagubiony i samotny. Nieśmiały i cichy, nigdy tak naprawdę nie miał przyjaciół. Bo i nigdy nie żył w prawdziwym świecie, jak normalni ludzie. Nie płacił rachunków, nie jeździł komunikacją miejską, nie był nigdzie nowy i nieznany. Każdy go znał od najmłodszych lat, nikomu nie musiał się przedstawiać. Życie zwykłych ludzi znał tylko z opowieści, nie ma się zatem co dziwić, że mógł mieć problemy w kontaktach z innymi, nawet z gwiazdami. Nie potrafię sobie przypomnieć nikogo innego, kto rozpoczął karierę w wieku kilku lat a potem kontynuował ją z sukcesami do końca życia. Wychowała go scena i showbusiness, jako pierwszego człowieka na ziemi. Dlatego nie ma się co dziwić, że był dziwny. Dorastał w innych warunkach, co innego go kształtowało, pewne problemy normalnych ludzi były mu obce, z kolei jego własne były dla wielu abstrakcją.
Zdawał sobie sprawę, że to on był największą gwiazdą rodzinnego zespołu. Z czasem stał się też głównym kompozytorem. Chciał jednak zacząć pracować na własne nazwisko. W gruncie rzeczy bracia nie byli mu do niczego potrzebni, zwłaszcza, że popularność zespołu miała się różnie. Prawdziwa solowa kariera Michaela rozpoczęła się wraz z wydaniem albumu „Off the wall” w 1979 roku. I choć faktycznie była to już piąta płyta podpisana jego imieniem i nazwiskiem, był to jego debiut jako dorosłego artysty.
Michael Jackson – „Don’t stop ’til you get enough” (1979)
Kolejny singiel z „Thrillera” – „Beat it” – wprowadził po pierwsze modę na czerwone kurtki a po drugie tradycję umieszczania przez Jacksona na każdej kolejnej płycie jednego utworu zawierającego mocniejsze partie gitarowe i będącego hołdem dla muzyki rockowej. Michael stawał się coraz ostrzejszy i coraz bardziej „zły”…
Tymczasem jednak wydał czwarty singiel, tym razem bez klipu, ale za to z bardzo charakterystycznym motywem („Mama-se, mama-sa, ma-ma-koo-sa”) – „Wanna Be Startin’ Somethin'”, piąty – „Human nature” i szósty „P.Y.T. (Pretty Young Thing)”. Przez cały rok 1983 dostarczał radiu i telewizji nowego materiału do grania. Wydawać by się mogło, że w końcu, po prawie dwóch latach od ukazania się albumu jego promocja została zakończona. Ktoś jednak wpadł na pomysł by wydać jeszcze jeden singiel i nakręcić do niej klip. Ostatnim, siódmym singlem był tytułowy „Thriller”, do którego nakręcono jeden z najsłynniejszych, najdłuższych i najbardziej rewolucyjnych teledysków wszech czasów. Teledysk poniekąd można uznać nawet za proroczy, pokazywał bowiem przemianę Michaela w… coś. Jak na tamte czasy przemianę iście mistrzowską. A słynna sekwencja taneczna na trwałe wpisała się w popkulturę, będąc wielokrotnie kopiowaną i parodiowaną (chociażby przez Gorillaz w klipie do piosenki „Clint Eastwood”).
I znów sprzedaż płyty mocno podskoczyła. Dwa lata po premierze rzucono się na niego jak na świeże bułeczki.
Michael Jackson – „Thriller”
Po upływie trzech lat od zakończenia promocji albumu „Thriller”, okazało się, że Michael mocno zbladł (dosłownie), a poza tym zmieniły się także jego rysy twarzy. Definitywnie stał się wtedy człowiekiem pomiędzy rasami – nie czarnym, ale i nie białym. Za to zoperowanym. Bo o jego operacjach plastycznych wiedziałam wówczas tak samo dobrze jak i o tym, że jest największą żyjącą gwiazdą muzyki. Wiedziałam też, że jest ekscentryczny. Ale w tamtych czasach, zwłaszcza w Polsce, mówiło się i pisało o jego dziwactwach z fascynacją, zainteresowaniem. To były artykuły w stylu „patrzcie i podziwiajcie jak wspaniałe, wielkie i bogate są amerykańskie gwiazdy, stać je na spełnianie każdej zachcianki i tak właśnie zachowują się prawdziwe gwiazdy”. Nie było w tym kpiny ani żadnych złośliwości. Pisząc o dziwactwach ujmowano je w kategorii ciekawostek, zachowując przy tym szacunek dla gwiazdora. To, co pisały o nim zachodnie tabloidy, było nam zupełnie nieznane (podobnie zresztą jak i słowo tabloid). W tamtym czasie Michael znalazł sobie nowego przyjaciela. Przyjaciel w momencie adopcji (1985) miał 3 lata i był szympansem. A na imię było mu Bubbles. Michael spał z Bubblesem w jednym pokoju (toaletę też dzielili), udzielał z nim wywiadów, chodził na przyjęcia, pozował do zdjęć i zabrał go nawet w trasę koncertową. Choć Bubbles zniknął z mediów już na początku lat 90tych (w 1990 roku świat obiegła nieprawdziwa informacja, że nie żyje), Jackson rozstał się z nim ładnych kilka lat później. Szympans stał się niestety agresywny i Michael obawiał się o swoje dzieci. Bubbles trafił do „animal sanctuary”, gdzie niestety w 2003 roku próbował popełnić samobójstwo. Przeżył jednak i żyje nadal. A w okresie największej przyjaźni z Jacksonem wystąpił w jego klipie do piosenki „Leave me alone” z 1989 roku. Już wtedy Michael kierował ostre słowa w kierunku bulwarowej prasy, która nadała mu przydomek „Wacko Jacko” i wymyślała coraz bardziej niestworzone historie o nim i jego życiu (a zęby z klipu nadal mnie przerażają).
Michael Jackson – „Leave me alone” (1989)
https://www.youtube.com/watch?v=CJvfnQ_E7uw
W nową dekadę Jackson wszedł jako niekwestionowany Król Popu. Tak pisały o nim gazety, tak nazywało go MTV, które w 1991 roku totalnie oszalało już na jego punkcie. Podobnie zresztą jak nastolatki na całym świecie. Dziewczęta i chłopcy płakali na jego widok, rwali włosy z głowy i mdleli. Histeria i czyste szaleństwo, porównywalne tylko do reakcji na The Beatles i Elvisa Presleya. Na jego płyty czekało się z zapartym tchem, bo to były wielkie wydarzenia w muzyce. A gdy już się ukazywały, wiadomo było, że nowe single zawładną wszystkimi listami przebojów na następne kilkanaście miesięcy.
W listopadzie 1991 roku ukazał się album „Dangerous”, promowany singlem „Black or white”. Jego pojawienie się w MTV było mega wydarzeniem, świętem i kolejnym krokiem milowym w twórczości audiowizualnej. Michael znów pokazał coś, czego nikt wcześniej nie widział, znów przetarł szlaki. I znów mówiło się tylko o jego najnowszym wideo, które MTV nadawało nieprzyzwoicie często. Wszyscy przecierali oczy ze zdumienia patrząc na ostatnią scenę klipu, gdy jedna osoba zmienia sie w drugą, która zmienia się w trzecią i tak dalej. Można było to oglądać godzinami a i tak zawsze robiło niesamowite wrażenie. W klipie wystąpił nowy przyjaciel Michaela – Macaulay Culkin, gwiazda filmów „Kevin sam w domu” i „Kevin sam w Nowym Jorku”.
Michael Jackson – „Black or white” (1991)
Potem, w kwietniu 1992, ukazał się klip do piosenki „In the closet”. Klip bardzo skromny i minimalistyczny, zwłaszcza jak na Michaela. Niezapomnianą kobietą w skąpym białym topie i równie skąpej białej spódniczce była piękna, młoda i wielce nieprzyzwoita Naomi Campbell. Tych dwoje tak ze sobą tańczyło, że czasem aż się człowiek rumienił.
Michael Jackson – „In the closet” (1992)
https://www.youtube.com/watch?v=cupnsUDyjuA
Album „Dangerous” oprócz piosenek tanecznych przyniósł także dwie wielkie ballady: „Heal the world” oraz „Will you be there”, które znalazło się na ścieżce dźwiękowej do filmu „Uwolnić orkę”. I w tym momencie widać było wyraźnie kogo Michael wybrał sobie na kolejnego przyjaciela, tudzież przyjaciół. W 1988 roku nakręcił krótkometrażowy film „Moonwalker”, w którym główne role grała trójka dzieci. Trzy lata później, w klipie do „Black or white” również występuje kilkoro dzieci. Dzieci grają także pierwsze skrzypce w obrazach do „Heal the world” i „Will you be there”. W międzyczasie Michael kupił także swą słynną posiadłość Neverland, w której urządził wesołe miasteczko i zoo i w którym często gościł swoich przyjaciół – dzieci. Wszystko to oczywiście dało się łatwo wytłumaczyć. Michael, wychowywany na scenie, nie miał nigdy prawdziwego dzieciństwa i jako wrażliwy człowiek bardzo cierpiał z tego powodu. Czuł się skrzywdzony a dorastanie w takich a nie innych warunkach pozbawiło go wielu cennych doświadczeń młodych ludzi. Dlatego też Michael, zawsze tęskniąc za dzieciństwem, nigdy tak naprawdę nie zdołał przejść o poziom wyżej. Dorosnąć. W głębi serca pozostał dzieckiem i wcale się z tym nie krył. Świat dorosłych zawsze czegoś od niego wymagał, zawsze czegoś chciał i zawsze go krzywdził. Dorośli go nie rozumieli. W przeciwieństwie do dzieci, które go nie osądzały a traktowały jak boga. Kto zresztą nie chciał być jednym z małych przyjaciół Króla Popu?
Michael Jackson – „Childhood” (1995)
https://www.youtube.com/watch?v=dVJscGa5vbc
Wkrótce sielanka się skończyła. Jeden z jego małych przyjaciół oskarżył go o molestowanie seksualne. Wszyscy byli zszokowani. Bravo go broniło. Mnie również cała sprawa wydawała się nieprawdopodobna. Michael był wówczas tak wielki i popularny, tak czczony, że wszelkie ataki tego typu zdawały się być zaaranżowane po to, by zrzucić go z piedestału i wyciągnąć od niego kasę. Choć było groźnie sprawa ostatecznie nigdy nie trafiła do sądu i zakończyła się ugodą (w grę mogła wchodzić ponoć kwota nawet 20 milionów dolarów). Jednak od roku 1993 coś się zmieniło.
Michael poszybował na szczyt po raz ostatni w latach 1995-1997. Znów z mocnym biciem serca oczekiwano jego nowego albumu. Jednak w ciągu 2 lat zmieniło się wiele. O Jacksonie ucichło. MTV trochę o nim zapomniało, radio i prasa również. A Michael się zestarzał.
W czerwcu 1995 roku światło dzienne ujrzał dwupłytowy album „HIStory: Past, Present and Future Book I”. Pierwsza płyta zawierała największe hity wokalisty, druga zaś zestaw całkowicie premierowych utworów. Okładkę zdobił pomnik Michaela. Wydawnictwo to było już pewnego rodzaju podsumowaniem solowej kariery Króla i tak naprawdę ostatnim dobrym albumem w jego dyskografii. Pierwszym singlem był przecudowny, ostry i porywający „Scream” – duet z Janet Jackson, na który wielu czekało od lat. Niektóre filmy moga tylko pomażyć o budżecie, jaki miał ten klip.
Michael Jackson feat. Janet Jackson – „Scream” (1995)
https://www.youtube.com/watch?v=HIoCkk7JY58
W „Scream” Michael jest ostry jak brzytwa. Z kolei w kolejnym klipie zmienia się nie do poznania, po raz kolejny pokazując swój niezwykły talent wokalny. Bo Michael potrafił śpiewać raz bardzo agresywnie a innym razem nieziemsko delikatnie. I nie sposób było ocenić, w którym wydaniu brzmi lepiej. Jeszcze przed wydaniem „HIStory” Król Popu ożenił się z córką Króla Rock’n’Rolla – Lisą Marie Presley. I świat znów nie mógł uwierzyć w to, co się dzieje. W klipie do „You are not alone” para wystąpiła razem.
Michael Jackson – „You are not alone” (1995)
Wtedy zdecydowałam. Muszę mieć ten album. A że zbliżały się moje urodziny miałam powód by o niego prosić. Doskonale pamiętam jak wstałam o godzinie 6ej i po ciemku wymacałam przy łóżku prezent. Pięknie wydane „HIStory”, kasety oczywiście. Ponieważ byłam pewna, że już nie zasnę, usiadłam na pufie, włączyłam wieżę i odpaliłam kasetę. I zakochałam się w tym albumie. Najbardziej lubiłam „Stranger in Moscow”, które kilka miesięcy później zostało wydane na singlu, „Tabloid junkie” (dzięki któremu nauczyłam się słówka tabloid) i „2Bad” (o którym kiedyś myślałam, że jest kontynuacją „Bad”).
Michael Jackson – „Stranger in Moscow” (1996)
Jednak jeszcze bardziej zachowawczo brzmiał „You rock my world”, utwór promujący ostatni album Króla Popu, „Invincible” (2001) i jednocześnie ostatni, w klipie do którego wystąpił Michael. „Invincible” miał być kolejnym świętem, kolejnym wydarzeniem. Jednak nie był. Okazało się, że czegoś zabrakło. Nie było tej melodyjności, nie było przebojów a muzyka Króla Popu jakby stanęła w miejscu. W gruncie rzeczy od lat powielał wciąż te same patenty, jednak tworzył przy tym wspaniałe melodie. A gdy zabrakło melodii pozostała jedynie nieco oldschoolowa produkcja. Nawet kilka dźwięków z XXI wieku nie było w stanie nadać tej produkcji świeżego i oryginalnego brzmienia. Król i jego muzyka po prostu się zestarzeli…
Michael Jackson – „You rock my world” (2001)
https://www.youtube.com/watch?v=9_PcQ8s9Qso
Resztę każdy już zna. Dwójka dzieci z szybkiego małżeństwa z dermatolożką Debbie Rowe, trzecie z niewiadomych źródeł. Wszystkie o dziwnych imionach rodem z fabryki (manufaktury) zabawek i z wiecznie zakrytymi twarzami. Problemy ze zdrowiem i wyglądem. Proces o molestowanie. Wszyscy wiedzieli, że jeśli zostanie skazany, to będzie koniec. W więzieniu nie przeżyje. A wyrok skazujący był przerażająco prawdopodobny. Świat znów zastanawiał się czy Michael jest winny, jednak po 12 latach od poprzedniej sprawy wiele się zmieniło i to, co wówczas wydawało się tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne, tym razem już nikogo nie śmieszyło, a raczej przerażało. Pamiętam jak czekałam wówczas na wyrok i z jaką ulgą przyjęłam uniewinnienie. I przyznaję, że było to zaskoczenie, bo bardzo mocno się bałam, że po raz drugi nie uda mu się uniknąć kary. A czy był winny? Tak naprawdę nie wydaje mi się, by można było tak jednoznacznie to stwierdzić. Przyznał się do sypiania z dziećmi. Cokolwiek z nimi robił po pierwsze nie wydaje mi się, by zaszedł daleko, a po drugie myślę, że sam Michael wierzył, iż nie robi nic złego. Świat w jakim żył sprawił, że nigdy nie dorósł, nigdy tak naprawdę nie dojrzał emocjonalnie i w pewnych względach był moim zdaniem upośledzony. Nie wierzę i nigdy nie uwierzę, że świadomie i z zimną krwią wykorzystywał dzieci. Mógł z nimi coś robić, ale po pierwsze uważam, że do najgorszego nie doszło, a po drugie nie chcę tak naprawdę wiedzieć ani dłużej się nad tym zastanawiać. To już minęło.
Tak naprawdę Michael Jackson mógł być dziwakiem, mógł swym zachowaniem i wyglądem wzbudzać kontrowersje i wywoływać skandale, ale nic, co zrobił, nie zdoła przyćmić jego dokonań muzycznych. To jedyny człowiek na świecie, który był muzyką. Muzyka była dla niego jak oddychanie – oczywistością. Nie sądzę też by kiedykolwiek chciał być sławny. Po prostu był, zanim jeszcze zdążył o tym zamarzyć. A wszelkie jego dziwactwa, tak szeroko komentowane na całym świecie, były w gruncie rzeczy naturalną konsekwencją dorastania w świecie showbusinessu i nieograniczonego dostępu do pieniędzy. Michael nie był jednym z nas, zwykłych ludzi. Był nadczłowiekiem. Kimś bez rasy i płci, kimś komu wybaczało się wszystko, bo życie i poczynania Michaela rządziły się własnymi prawami.
Był zawsze i od zawsze. Przeszło 40 lat ze swojego 50-letniego życia spędził na scenie. Żyliśmy w przeświadczeniu o jego wielkości. A teraz tak trudno nam uwierzyć, że już go nie ma. Że już nigdy nie zdoła powrócić w wielkim stylu, że już nigdy nie zagra koncertu, nie nagra żadnej płyty, nie zaśpiewa.
Odszedł Król. Ikona popkultury. Ikona lat 80tych i 90tych. I nic już nie będzie tak samo…
„My life will never be the same…”