Depeche Mode – In-Studio Collage 2012


Zajrzałam dziś na FB a tam…
Za 9 miesięcy koncert. Polowanie na bilet odbębnione. I muszę przyznać, że czuję ekscytację.
Ale to, co dziś znalazłam w Internecie… Nie wiem, czy to mający wkrótce się ukazać „Goodbye”. Ale generalnie rzecz wygląda na oficjalną, zresztą została dostarczona przez Vevo, które jednak uchodzi za przekaźnik oficjalnych nagrań.
W każdym razie… przecieram oczy ze zdumienia, rozdziawiam paszczę, sama ledwo mogę uwierzyć w to, co czuję, myślę piszę… bo się nie spodziewałam… Ale… podoba mi się! To mi się naprawdę podoba!!! Autentycznie! Przy drugim przesłuchaniu jeszcze bardziej niż przy pierwszym. Właściwie mogę już powiedzieć – wpadłam!
Widzę, że wśród znajomych reakcje są różne. Że mało melodii, że mało konkretów, że „pierdy” i „pitolenie”, że wokal Gahana nie do strawienia… A mnie się podoba! Nie miałam żadnych oczekiwań, żadnych myśli przedwstępnych. Po prostu wcisnęłam „play” i… wpadłam!
I to na pewno nie dlatego, że jestem zaślepionym fanem, co to, to nie. „Sounds of the Universe” uważam za ich najsłabszą płytę i generalnie przywykłam już do myśli, że pewne czasy już minęły a pewnych brzmień, melodii i uczuć nie da się tak po prostu powtórzyć. Jednak teraz moje serce bije szybciej i przypomina mi się cytat: „Czujesz, że nadal kochasz ich muzykę”. Bo tak naprawdę, co by się nie działo, w ostatecznym rozrachunku ja naprawdę kocham ich muzykę. I bardzo, ale to bardzo sobie na tę miłość zapracowali tworząc przez dziesięciolecia melodie, które łatwo wpadają w ucho, ale które nie są banalne, które niczego nie powielają, a które zawsze są świeże, nowoczesne, aktualne. Gdy czytam o Madonnie, że jest taka wspaniała, bo zawsze wyprzedza innych o krok i kreuje trendy w muzyce mainstreamowej, to chce mi się śmiać. Nie znam nikogo, kto potrafiłby iść własną ścieżką równie dumnie i pewnie, nie oglądając się na innych, co Depesze. I za to ich kocham.
Co więcej, choć podchodzę już do ich nowej twórczości z pewną rezerwą, muszę przyznać, że mnie zaskoczyli. To, co dzieje się w połowie utworu… Tego jeszcze nie było!
Melodię zaś zapamiętałam od razu. I zupełnie nie przeszkadza mi brak klasycznego refrenu. Nie przeszkadza mi elektroniczny blues – ba, on jest w tym wydaniu bardzo, bardzo mocnym elementem utworu. I brzmienie – oblizuję się na samą myśl. Ciężka elektronika, zmysłowość, lekko ponury nastrój. Tak! To Oni! Wrócili!!!!!!
Mlask!