CHROM -17.10.2025

Moje pierwsze zetknięcie z zespołem CHROM miało miejsce w 2016r., gdy przygotowywałam się do Warsaw Dark Electro Festival. Ostatecznie nawet nie wiem czy byłam w końcu na ich koncercie, pamiętam natomiast co o nich wtedy mówiłam: od CHROM wolę “Chrome”.
Zwłaszcza, że headlinerem było wtedy VNV Nation.
Przyszedł jednak moment, kiedy muszę wypluć te słowa i zwrócić chłopakom honor. Wtedy to nie był najlepszy czas i na pewno nie mój najlepszy dzień. Poza tym grali na sporym festiwalu z bogatym line-upem w dużym klubie. Nie oszukujmy się, byli taką trochę zapchajdziurą.
Teraz otrzymali cały klub dla siebie, klub bardziej dostosowany do ich możliwości, a publika przyszła tylko dla nich. Oni natomiast odwdzięczyli się dając naprawdę fajny koncert. Poczułam się na nim jak za starych, dobrych czasów, gdy zaczynałam słuchać takiej muzyki i chodzić do klubów. Zakochałam się w tym gatunku, płyty kupowałam prawie wyłącznie z elektronicznej półeczki w łódzkim Media Markt, a imprezy na stałe zagościły w moim kalendarzu. Z biegiem lat poczułam jednak przesyt. W świecie dark electro zaczynało wiać nudą, a moje zainteresowania koncertowe zaprowadziły mnie do coraz to większych sal. Aż nastała pandemia i wszystko się skończyło.
Pierwszy koncert CHROM przypadł właśnie na czas mojego electro-kryzysu, dlatego chociaż się do niego przygotowywałam, nie uznałam, że jest to coś szczególnie wartego uwagi. Ot, kolejny taki sam zespół. Gdy jednak po przerwie w moich słuchawkach znów powoli wracały takie dźwięki, Spotify zaczął przemycać także CHROM. I w taki oto sposób niepostrzeżenie zaczęłam się przyzwyczajać do tych piosenek i je rozpoznawać, jedna po drugiej. Słuchałam pojedynczych utworów, nie całych płyt, i nie z własnej woli, ale nie przełączałam ich. A gdy w końcu włączyłam płyty okazało się, że właściwie wszystko znam. I chociaż na ten dzień miałam początkowo zaplanowany inny koncert, to im bliżej było tej daty, tym bardziej czułam, że większą ochotę mam na CHROM. Poszłam bez spinki i bez oczekiwań, na totalnym luzie. W dodatku do klubu, który znam, wiem jaki w nim panuje klimat. No i się nie zawiodłam.
Jakie to jednak fajne uczucie być tak blisko wykonawcy, że można go dotknąć. Bez barierek, bez wysokiej sceny. Kontakt jest wtedy fantastyczny. On widzi uśmiechniętą i śpiewającą publiczność, a ona widzi każdą emocję na jego twarzy i pot spływający z czoła. I chociaż to nie był ten rodzaj koncertu, na który czeka się z utęsknieniem i który zapada w pamięć na całe życie, to jednak był bardzo solidny i porządny. Trochę jak domówka, impreza u znajomych. Nikt się chyba nie spodziewał fajerwerków, żywych instrumentów czy nie wiadomo jakiego performansu. Na scenie było ich dwóch – Christian przy mikrofonie i Thomas w tle za klawiszami i komputerem. Scena była raczej mała, ale dla Christiana i jego ekspresji chyba wystarczająca. Wydał mi się skromnym, zwyczajnym facetem. Nie pozował na gwiazdora i nie próbował nikogo naśladować. Czasem wydawał się trochę nieśmiały, czasem się uśmiechnął, czasem trochę potańczył. Zapozował komuś do filmiku, a od kogoś innego wziął komórkę i zaczął sam kręcić ze sceny. Taki spoko gość. A poza tym wokalnie brzmiał naprawdę fajnie. Gdy śpiewa delikatnie kogoś mi przypomina, może wypolerowanego Steffena z De/Vision? Ale potrafi też nieźle warknąć. Słuchając płyt nie byłam pewna czy to ta sama osoba, ale na żywo przekonałam się, że to on. Muzycznie zaś było dość podstawowo, ale też nie spodziewałam się niczego innego – podkłady z komputera, trochę klawiszy live i do tego żywy wokal. Żadnych wydziwiań, żadnych zmian w aranżacjach. Na nagraniach trochę słychać sztuczność takiego rozwiązania, ale na żywo ładnie się wszystko sklejało. A setlista taka, że chociaż w ogóle się nie przygotowywałam, to znałam wszystko. Myślę jednak, że osłuchanie miało duży wpływ na mój odbiór koncertu. Nie jestem do końca pewna czy gdybym nie znała piosenek to tak by mi się podobało. Bo z jednej strony CHROM nie wymyśla niczego nowego, korzysta raczej ze znanych i sprawdzonych patentów, ale z drugiej – ma nosa do chwytliwych melodii i potrafi je ubrać w dobre brzmienie. Czy jednak na tyle chwytliwych by były w stanie porwać mnie po pierwszym przesłuchaniu live, gdybym ich wcześniej nie znała? Sama nie wiem. W 2016 mnie nie porwały, ale w 2025… kto wie?