Hooverphonic-04.04.2025

To był mój czwarty koncert Hooverphonic i trzeci z Geike na wokalu. Gratka nie byle jaka, bo tym razem zespół wyruszył w trasę nie dlatego, by promować nowy album, ale by uhonorować 25-lecie swojego najbardziej znanego i najwybitniejszego dzieła, “The Magnificent Tree”. Dla mnie, jak i zapewne dla wielu fanów, przygoda z nimi zaczęła się właśnie dzięki tej płycie. Usłyszeć ją na żywo w całości to było zatem nie byle co.
Zespół przyjechał do Polski by wystąpić aż 3 razy – w Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu. W Warszawie niestety padło na Stodołę, która nie lubi takich widzów, jak ja, więc mój wybór padł na Wrocław. Przez chwilę rozważałam 2 koncerty, ale ostatecznie kwestie finansowe wygrały. Ponieważ był to dla mnie koncert wyjazdowy, to tym razem opiszę go bardziej z perspektywy turysty/podróżnika niż tylko zwykłego widza.

Przed koncertem
Jechałam do Wrocławia na totalnym luzie, dawno nie czułam się tak dobrze przed koncertem. I nawet szalona kwietniowa pogoda (rozpiętość temperatur w ciągu doby miała sięgać blisko 20 stopni) nie popsuła mi humoru. Nie jechałam obładowana ciuchami ani jedzeniem. Obczaiłam miejsce, gdzie zjem obiad przed koncertem, obczaiłam gdzie zjem po, a i sama podróż FlixBusem minęła mi przyjemnie i spokojnie. We Wrocławiu połączyłam siły z moim łódzkim kompanem, więc dalszą część dnia spędziliśmy razem.
Początkowo myślałam, że przejdę się chociaż po wrocławskiej okolicy, ale ostatecznie jedzenie zabrało tyle czasu, że trzeba było ruszyć marszem do Hali Stulecia. Kosztowało też majątek, ale knajpa, gdzie samemu nabiera się porcje zawsze jest droższa od normalnej, więc wiedziałam, na co się piszę i przełknęłam to. Raz się żyje. Przyjechałam do Wrocławia o 16:22 a na bilecie widniała godzina 19:00. I tu pojawił się pierwszy zgrzyt. Co właściwie oznacza ta godzina? Otwarcie bram czy początek koncertu? Nigdzie nie znalazłam informacji, więc nie chcąc ryzykować udaliśmy się na miejsce tak, by być o 19. Podeszliśmy od frontu Hali Stulecia i za bardzo nie wiedzieliśmy gdzie kierować się dalej, ale postanowiliśmy po prostu iść za innymi ludźmi. Tak dotarliśmy do mieszczącego się z boku Wrocławskiego Centrum Kongresowego, gdzie niemal natychmiast zakorkowaliśmy się w hallu. Ludzi było sporo, a jeszcze nie zaczęto wpuszczać głębiej. Przed wejściem wypiłam całą wodę, co okazało się potem błędem, ponieważ nie było sprawdzania zawartości torebek. Najpierw czekała nas szatnia, co było bardzo dobrym rozwiązaniem – tak powinno być wszędzie – a dopiero potem sprawdzanie biletów i, jak mi się wydawało, sprawdzanie toreb. Jestem pewna, że pan ochroniarz zajrzał do torebki pani, która szła przede mną, ale mojej nie sprawdził. Może miałam szczęście, może sprawdzano tylko na wyrywki, nie wiem. Za to potem bardzo mocno zazdrościłam ludziom, którzy wnieśli na salę wodę. No ale tak to jest z tymi koncertami, nigdy wszystkiego nie przewidzisz.
Siedzieliśmy w drugim rzędzie, który okazał się być bardzo blisko sceny. Z kolei sama scena była niziutka. Byłoby bardzo przyjemnie i intymnie, gdybyśmy mogli stać zamiast siedzieć, no ale niestety, to była sala z miejscami siedzącymi. I to był drugi zgrzyt. Wielokrotnie mówiłam, że nie lubię siedzianych koncertów, a po tym koncercie moja awersja tylko wzrosła. Miejsca siedzące bardzo pomagają na koncertach stadionowych aby wytrwać do koncertu. Ale już samo uczestniczenie w koncercie w pozycji siedzącej sprawdza się moim zdaniem tylko w przypadku naprawdę bardzo nastrojowej i spokojnej muzyki lub ewentualnie podczas mało porywających występów. Przy wszystkich innych mi osobiście po prostu zabiera część doznań i ogranicza odbiór. Naprawdę przeżycia są zupełnie inne, gdy można się chociażby pokołysać na stojąco, niż kiedy człowiek tylko siedzi i ewentualnie macha nogą.
Koncert
Występ rozpoczął się od supportu. Tak – to był on! Mój ulubiony, jak go kiedyś nazwałam, chórzysta! Przedstawił swój act jako Slow Pilot. Choć to zespół, to występował tylko on, Pieter Peirsman, a pozostali dwaj członkowie zostali zamknięci, jak sam wyjaśnił, w małym pudełeczku, które towarzyszyło mu na scenie. Muzyka Slow Pilot jest raczej spokojna i niestety nie pokazuje jakim zwierzęciem scenicznym jest Pieter. Ale na szczęście miał potem jeszcze swoje 5 minut.
Koncert Hooverphonic rozpoczął się jakoś chwilę przed 21. Późno. Gdybyśmy wiedzieli, to zupełnie inaczej zaplanowalibyśmy ten dzień i też nie pędzilibyśmy tak do Hali Stulecia.
Zaczęło się oczywiście od intro – próbowałam rozpoznać w nim “Autoharp”, pierwszy utwór z “The Magnificent Tree”, ale miałam z tym problem. “Autoharp” jednak w końcu się pojawiło – to prawdziwe i znajome, zmiksowane delikatnie z motywem przewodnim z “Jackie Cane”. Gdy podczas wokalizy na scenie w końcu ukazała się Geike, wtedy naprawdę się zaczęło. To było wielkie święto “The Magnificent Tree”, które zostało zagrane od samego początku do samego końca, od “Doctor Walter Duda is a nationally known doctor of music and has taught many teachers and boys and girls how to play the autoharp” aż po samo “Is that the end of a trip?”. I oczywiście wszystko we właściwej kolejności. Byłam na koncercie Petera Gabriela, który grał całe “So”, byłam na A-Ha, grającym “Hunting High and Low”, ale to “The Magnificent Tree” jest tą płytą którą naprawdę znam i nie musiałam jej poznawać dopiero przed koncertem, bo jesteśmy ze sobą od lat. I chociaż uważałam, że nigdy tak do końca nie skradła mi serca, że była dla mnie zbyt skomplikowana, że brakowało mi na niej większej liczby utworów takich jak “Mad about you” i “Vinegar & Salt” (czyli dużych, porywających i koniecznie ze smyczkami), to jednak muszę przyznać, że jej słuchałam. I po latach stwierdzam, że czuję się z nią związana a ona cały czas pozostaje niezmiennie ciekawym dziełem. Płytą, która naprawdę ma klimat. To jak ostatnie tchnienie prawdziwego, rasowego trip-hopu, pełnego wyrafinowanych dźwięków, sampli i nawiązań. Każdego utworu, dosłownie każdego wysłuchałam z niemałą przyjemnością. Znając płytę nietrudno było odgadnąć setlistę. Po “Autoharp” nastąpił największy hit zespołu, “Mad about you”. Po raz pierwszy słyszałam go z żywymi smyczkami, ponieważ tym razem zespół zabrał ze sobą w trasę dodatkowych muzyków, by zagrali partie skrzypiec. To jak wisienka na torcie. Po przyjemnym przerywniku w postaci “Waves”, zabrzmiała porywająca “Jackie Cane”. Och, jak ja wtedy bardzo chciałam wstać. Niestety nikt się nie podniósł (chociaż może nie widziałam, ostatecznie byłam przecież w drugim rzędzie). To był właśnie ten moment, kiedy bardzo cierpiałam z powodu miejsca siedzącego. Podczas “Jackie” należy klaskać, a nogi same chodzą, więc jak można wtedy siedzieć?
Po “Jackie” przyszedł czas na utwór tytułowy, przed którym Alex Callier powiedział, że wydawało mu się, że jest tylko jedno “magnificent tree”- w Belgii, tymczasem we Wrocławiu widział takich wiele. Wydaje mi się, że tym razem Alex mówił trochę mniej niż zazwyczaj, ale też dość szybko powiedział, że mają wiele piosenek do zagrania. Bo chociaż główną gwiazdą wieczoru miała być płyta sprzed 25 lat, to przecież nie mogło zabraknąć też ich innych sztandarowych utworów. Magiczne “The Magnificent Tree” przeszło w kolejny utwór, podczas którego ciężko mi było usiedzieć – “Vinegar & Salt”, który pokochałam od pierwszego przesłuchania i który uwielbiam śpiewać. Następne “Froasted Flake Wood” obserwowałam i słuchałam jak zaczarowana – zresztą byłam go bardzo ciekawa na żywo, bo to najbardziej niezwykły, moim zdaniem, utwór z całej płyty. To taka nieco przerażająca baśń, która potrafi, mówiąc kolokwialnie, zryć banię. Zdecydowanie się nie zawiodłam. Geike naprawdę odegrała tę historię i trochę ściskało mnie w dołku, że tego nie dokumentuję. Tu trzeba zaznaczyć, że na bilecie widniał obrazek nie tylko przekreślonego aparatu, ale i komórki i co mnie zaskoczyło, ludzie naprawdę zastosowali się do zakazów. Wokół mnie widziałam tylko dwie komórki, które były w użyciu sporadycznie. W takich warunkach było mi po prostu głupio wyciągać aparat. Przypomniało mi to moje dwa pierwsze koncerty, gdzie zdjęcia można było robić tylko przez 3 pierwsze utwory. W końcu jednak nie mogłam się powstrzymać i ukradkiem uwieczniłam 2 piosenki, które sobie zaplanowałam. A po jakimś czasie nieco śmielej zaczęłam sięgać po aparat by cyknąć cokolwiek na chybił trafił. I o dziwo, choć przywiozłam bardzo mało materiału, to jest on całkiem niezły, jak na te warunki. Dawno nie przeżyłam tak niefotograficznego koncertu i choć mogłam się w 100% skupić na muzyce, to jednak mi tego brakowało. Prawda jest taka, że ja po prostu uwielbiam fotografować koncerty, bo uważam je za przepiękne wizualnie przedstawienia i kocham uwieczniać emocje malujące się na twarzach wykonawców. Nie mam jednak takich mocy, by robić to profesjonalnie.
Potem przyszło dla mnie największe zaskoczenie tego koncertu. “Everytime we live together we die a bit more” jest chyba najmniej lubianą przeze mnie piosenką z całej płyty, tymczasem na koncercie zrobiło na mnie największe wrażenie. Ten potężny, zimny, monotonny bas zrobił robotę. Brzmiało to wyśmienicie i totalnie mnie zaczarowało. To dowód na to, jak inny potrafi być odbiór muzyki, gdy słyszy się ją na żywo. Z kolei “Out of sight”, utwór, który uwielbiam i który marzyłam by usłyszeć kiedyś na żywo, nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia. “Pink Fluffy Dinasours” i “L’Odeur Animale” przepłynęły jakoś szybko. I to był koniec, cała płyta. Niecałe 40 minut, ale za to wypełnione masą emocji i wspomnień.
Po zakończeniu “The Magnificent Tree” przyszedł czas na drugą część koncertu, na którą składały się różne utwory z różnych okresów twórczości zespołu. Rozpoczęło ją “Anger never dies”, do którego Alex zrobił ładny wstęp. Jako, że Hooverphonic jest zespołem nagrywającym soundtracki do filmów, które nigdy nie powstały, ten utwór mógłby się znaleźć w jeszcze nie nakręconym filmie o Jamesie Bondzie. Powstał w 2003 roku, gdy Geike była jeszcze w zespole, ale wtedy coś nie zaskoczyło. Dopiero gdy został przyspieszony, wtedy zmienił się w to, co znamy dzisiaj. I chociaż ostatecznie został nagrany już z udziałem Noémie Wolfs, to i w wykonaniu Geike brzmi fantastycznie. Podobnie jak “Romantic”, które w oryginale zaśpiewała Luka Cruysberghs, ale które w ustach Geike brzmi moim zdaniem prawdziwiej i naturalniej. Z kolei “Eden” zawsze brzmi pięknie, a już z udziałem żywych smyczków to miód na moje uszy. Ze starszych utworów nie mogło oczywiście zabraknąć legendarnego “2Wicky”. Z niespodzianek wygrzebanych z lamusa w secie znalazło się “This Strange Effect” oraz “Inhaler”. Gdzieś pomiędzy umieszczono “You love me to death”, które zawsze bardzo lubiłam i którego dawno nie słyszałam. Nie odświeżyłam sobie jednak przed koncertem “Amalfi” i gdy nagle okazało się, że trzeba zaśpiewać fragment, to wyszło trochę drętwo. Chociaż tak, wiem, nie byłam tam sama, a śpiewać mieli wszyscy 😉
Największą petardą było oczywiście “Badaboum”, które Geike śpiewa razem z Pieterem – to mój ulubiony moment koncertu. Muzyczny dialog między tą dwójką i nonszalancki sposób bycia Pietera zawsze powodują u mnie szybsze bicie serca. On zdecydowanie jest gwiazdką tej piosenki. A gwiazdą wszystkich pozostałych jest Geike. Wokalnie w każdej brzmiała bezbłędnie. Do tego cudownie wyglądała, a kreacje zmieniała tyle razy, że aż się pogubiłam. Po raz pierwszy na scenie ukazała się w luźnej, czarnej sukience bez talii, która przypominała habit. Pod spodem miała czarną bluzeczkę bez rękawów i cudowną, długą tiulową spódnicę. Jako że i ja byłam w długiej spódnicy, to poczułam, że wpasowałam się w jej styl. Po raz pierwszy. Potem przebrała się designerski komplet – oversizową marynarkę i cygaretki. Na końcu zaś zaprezentowała się w srebrnej kreacji, składającej się z krótkiego żakietu i spódnicy do ziemi. Nigdy nie wyglądała tak dobrze, jak na tym koncercie.
To co mnie bardzo ucieszyło, to zapowiedź Alexa, że w przyszłym roku wrócą do Polski. Zrozumiałam, że z nowym albumem, albo przynajmniej chciałam tak zrozumieć. W każdym razie czekam. Swoją drogą mogliby jeszcze ruszyć w trasę grając w całości kolejną swoją ważną (przynajmniej dla mnie) płytę – “Hooverphonic presents Jackie Cane”, ale obawiam się, że nic dwa razy się nie zdarza.

Po koncercie
Jeszcze przed koncertem, czekając w szatni na wejście na salę, stałam przy sklepiku i zauważyłam coś, co powinno mnie ucieszyć, a jednak trochę mnie zmroziło – kartkę z napisem “After show signing session!”. Po raz pierwszy! I to akurat wtedy, gdy nie wzięłam ze sobą okładki płyty do podpisania. A myślałam, żeby wziąć… no ale przecież oni nigdy nie wychodzą po koncertach. Oj… byłam na siebie zła, ale pomyślałam, że w takim układzie kupię best of na cd. Z innych albumów na kompakcie było oczywiście “The Magnificent tree”, a potem dorzucono jeszcze “Looking for Stars”, ale to nie była płyta nagrana z Geike, więc jak mogłabym ją dać do podpisu? Było sporo winyli, ale winyli nie zbieram. Była też fantastyczna książka ze zdjęciami, ale cenowo trochę mnie przerosła. Po koncercie okazało się jednak, że best ofów już nie ma. Czekałam aż pan od sklepiku dowie się czy coś nie zostało jeszcze na zapleczu, ale ostatecznie okazało się, że nie. Kupiłam więc tylko koszulkę i kombinowałam co by tu dać do podpisu. Mój kompan wziął sprawy w swoje ręce i zgarnął setlistę. Staliśmy w długiej kolejce do autografów, obok sklepiku, a mój wzrok cały czas lądował na tej nieszczęsnej kartce z logiem zespołu i informacją “After show signing session!”. No więc co miałam robić? Wzięłam. Pan ze sklepiku się zaśmiał. Gdy dałam ją Geike do podpisu powiedziałam, że wiem, że to głupie, ale zostawiłam “The Magnificent Tree” w domu. Odpowiedziała: “That’s not stupid”. Za to Raymond wydawał się jednak trochę zdziwiony, że nie znalazłam dla siebie nic w sklepiku i zrobiło mi się trochę głupio. No ale przecież kupiłam koszulkę i długo miałam nadzieję, że uda mi się jednak dorwać tego best ofa. Za to najdłuższą pogawędkę ucięłam sobie oczywiście z Alexem, choć w sumie to raczej on gadał, bo to gaduła. Już z daleka dostrzegł mnie w kolejce i podpisując płytę innej osobie spojrzał na mnie i powiedział “The President of the LSD Golf Club” – miałam na sobie koszulkę z czasów tej płyty. Tak, jak prawie nigdy nie zakładam koszulek danego wykonawcy na jego koncert, bo nie chcę wyglądać jak inni, tak w tym przypadku postanowiłam założyć, bo stwierdziłam, że ta koszulka jest tak rzadko spotykana i tak bardzo nie wiadomo do czego się odnosi, że dam jej zabłysnąć. I jak widać to był strzał w dziesiątkę. Trzeba znać płytę żeby wiedzieć co miałam na sobie i jak widać jej autor zdał ten test celująco 😉 Gdy już do niego podeszłam powiedział, że mogłam krzyknąć, żeby zagrali coś z tej płyty, bo są jak “juke box”. Obiecałam, że następnym razem będę krzyczeć (choć prawdę mówiąc wcale nie jest to moja ulubiona płyta ;-)). Pożegnaliśmy się słowami “see you next year in Warsaw”.
I wtedy okazało się, że jest już bardzo późno i nie było pewne czy w ogóle zdążymy na pociąg, chociaż w sumie nie brałam takiej możliwości pod uwagę. Na szczęście pan Tomasz z Bolta sprawił się na medal i dowiózł nas na dworzec w 10 minut. Pobiegliśmy do pociągu, który miał odjechać lada moment. I tyle było z kebaba w Poczułam się wtedy trochę jak za starych czasów – bez jedzenia i – o zgrozo – nawet bez picia (a przecież marzyłam o nim jeszcze przed koncertem), kiedy to człowiek nie myślał o takich rzeczach jadąc na koncert. Ale to był taki smaczek, domykający tę trochę szaloną wycieczkę do miasta oddalonego od miejsca zamieszkania o prawie 300 km, aby posłuchać płyty sprzed 25 lat.