Pierwszy bilet na koncert TR/ST kupiłam, gdy jeszcze chciało mi się chodzić na koncerty. Ostatecznie jednak pandemia pokrzyżowała wtedy wszystkim plany i koncert się nie odbył (a ja nie dostałam zwrotu środków, choć pewnie za późno się upomniałam… ale trochę machnęłam na to ręką, bo bilety były wtedy tanie). I pewnie gdyby nie tamten, nieodbyty koncert, to teraz już bym się nie zdecydowała, bo coraz częściej odpuszczam takie wydarzenia. Trochę smutne jest to, że wiem, iż bym nie żałowała. Bo nie przypomniałabym sobie wtedy jego dyskografii i nie słuchałabym jej tak, jak kiedyś słuchało się muzyki – na porządnym sprzęcie, na głośnikach, z dudniącymi basami. Więc nie byłoby mi żal, gdybym nie robiła przygotowań. Ale po wczorajszym koncercie wiem też, że gdybym nie poszła to powinnam żałować.
TR/ST jest artystą, którego nigdy nie potrafiłam ogarnąć ani zdefiniować. Pojawił się w momencie, gdy dawać o sobie znać zaczęła dziwna dla mnie, post klubowa elektronika, różne witch house’y i tego typu sprawy. Niby z bitem, ale taneczne w nieoczywisty sposób, mroczne, choć niepozbawione melodyjności. I tak też wśród mroków i ciągnących się dźwięków udało mi się dostrzec chwytliwość utwór Roberta Alfonsa. Na pierwszy rzut oka wydawały się trudne, ale przy bliższym spotkaniu naprawdę potrafią wpaść w ucho i rozbujać nie jeden parkiet, co dało się zaobserwować na koncercie.
Nigdy nie oglądałam żadnego występu TR/ST, więc nie wiedziałam czego się spodziewać, ale gdy tylko Robert pojawił się na scenie wiedziałam, że będzie dobrze. Chociaż źle powiedziałam. On się nie “pojawił”, a raczej “wyskoczył” w takt dźwięków “Regret”. A potem nie zatrzymał się już ani na chwilę. Był w nieustającym ruchu. Nie był to klasyczny taniec, w którym trzeba tupnąć nogą czy klasnąć w rytm, ale raczej takie rzucanie się po scenie, chodzenie, falowanie, jakieś takie ruchowe ADHD. Jakby nie był w stanie ustać w miejscu przy mikrofonie. Dla mnie miód malina, bo uwielbiam gdy na scenie jest ruch. A jednocześnie nie miało to żadnego wpływu na śpiew. Robert na żywo brzmi dokładnie tak, jak na płytach. Jego głos jest wręcz nierzeczywisty. A gdy kilka razy się odezwał, to faktycznie brzmi tak samo. Nie mówił jednak zbyt wiele, dosłownie kilka słów w czasie całego koncertu. Ale mimo tej całej ruchliwości miałam wrażenie, że jest dość zamknięty w sobie. To nie Chris Corner, którego można obmacywać podczas występu. Myślę, że gdyby Robert śpiewał tylko dla siebie, to jego ekspresja byłaby dokładnie taka sama. To nie jest show skrojone pod publiczność, on się tak naprawdę zachowuje, bo tak czuje muzykę. A przynajmniej takie było moje odczucie.
To, co mi przeszkadzało na początku koncertu, to stroboskop, który był tak potężny, że ciężko było patrzeć na scenę. Robert tylko migał i za każdym razem pojawiał się w innym miejscu sceny. Ciekawy efekt, ale kontrast między światłem i cieniem był dla mnie trochę zbyt mocny. Na szczęście potem się uspokoiło i nawet dało się zrobić kilka zdjęć.
Co to setu, to chyba nie różnił się od tego zaprezentowanego dzień wcześniej w Krakowie. Jest w tej muzyce coś takiego, że choć rozpoznaję melodie, to jednocześnie traktuję ją jako całość, nie poszczególne utwory. Nie potrafię się też nauczyć tytułów, ani tym bardziej zapamiętać co jest co. I tutaj, chociaż set był dobry i nośny, to jednak wydał mi się dość jednorodny. Nie wiem czy ktoś, kto nie zna tych piosenek, potrafiłby się połapać i czy nie uznałby, że wszystko brzmi tak samo. Tempo właściwie było podobne i nawet z “Candy Walls” zrobiono parkietowca. Najmocniej zabrzmiał chyba “Bicep”, podczas którego parkiet falował i podrygiwał. Generalnie cały koncert był mocno taneczny – zaczęło się tanecznie i tanecznie się skończyło. Chyba nie zdawałam sobie sprawy jak imprezowa potrafi być twórczość TR/ST. Ale jednocześnie emocje przez cały czas były na podobnym poziomie. Brakowało mi czasem jakiegoś przestoju, tak samo jak zabrakło punktu kulminacyjnego. Ale ogólnie był to dobry, porządny koncert. Dobrze zaśpiewany, a i popatrzeć było na co.




