Nie było mnie na 600. urodzinach Łodzi w zeszłym roku, choć to zacna rocznica. I może nie byłoby mnie też na 601., choć tegoroczny line-up jest mi zdecydowanie bliższy, gdyby nie jedna informacja. Informacja o organizacji zbiorowego wyjazdu na darmowy koncert Placebo ze Szczecina do Łodzi. Na początku pomyślałam: Placebo za darmo w Łodzi, no fajnie. Widziałam dwa razy, bawcie się dobrze. Ale skoro ludzie ze Szczecina chcą się telepać przez pół Polski na ten koncert… to chyba głupio byłoby nie iść, mając go pod nosem? A jak chwilę potem ogłoszono, że do składu dołącza Royksopp, to nawet mając świadomość, że to nie będzie normalny koncert, postanowiłam, że idę.
Nie chciałam się przygotowywać. Zależało mi na tym, żeby się nie stresować, ani wejściem, ani miejscem, ani tym czy nie będę głodna, nie zmarznę czy się nie zgrzeję. Miało być na luzie. I z góry założyłam, że nie pcham się pod scenę. Gdzie wyląduję, tam wyląduję. Pełen chill out.
Ostatecznie na Placebo stałam w dobrym miejscu, choć daleko. Ale żeby było śmieszniej, przy barierkach. Na początku po wejściu na zagrodzoną z obu stron ulicę Kościuszki, ruszyliśmy pod scenę i szło nam się stosunkowo łatwo, mimo że przeciskaliśmy się przez widownię grającego właśnie Probl3mu. Jednak im dalej, tym oczywiście było gorzej. W dodatku ludzie szli w różnych kierunkach, jedni, tak jak my, w stronę sceny, inni od strony sceny. Zdarzało się, że trzeba było trochę poczekać. Po prawej towarzyszył nam rząd toi toiów (jak to miło, chyba na żadnym koncercie nie czułam takiego komfortu, że mogę wyskoczyć podczas piosenki do wc i praktycznie nic nie stracić), które później co jakiś czas przypominały o sobie, gdy zawiał wiatr. Było ciepło, w dzień wręcz upalnie, i co chwilę komuś robiło się słabo. Mam wrażenie, że nie tylko od słońca. Wokół walała się góra śmieci. Śmieci były już na ulicy, jeszcze przed wejściem na teren festiwalu. Na parapetach okien okolicznych kamienic można było pooglądać galerię rozmaitych butelek, przed okolicznymi Żabkami ludzie tłoczyli się w kolejkach. Wyglądało to niestety jak jeden wielki festiwal pijaństwa. Choć na szczęście nie byłam świadkiem żadnych negatywnych zdarzeń wywołanych nadmiernym spożyciem alkoholu.
W każdym razie w którymś momencie dotarliśmy już do miejsca, z którego ciężko było się ruszyć. Był ścisk. Moje gołe ręce dotykały obcych gołych rąk, a widok miałam słaby. Jednak nie tak to sobie wyobrażałam. Na szczęście po jakimś czasie nagle wszyscy ruszyli do przodu i to tak masowo, że aż nie wiedziałam co się dzieje. Okazało się, że strefa pod sceną (takie tam pseudo golden circle wielkości całej Atlas Areny 😉 ) została odgrodzona od reszty barierkami i gdy część osób ją opuściła, reszta mogła wejść. Ja jednak znalazłam się w fajnym miejscu, opierając się o te graniczne barierki i stwierdziłam, że tu zostaję. W taki oto sposób miałam barierki na Placebo… tyle że nie w pierwszym, a w jakimś 250. rzędzie. Obserwowałam ludzi wchodzących na „golden circle” i przechodzących kolejną kontrolę bezpieczeństwa (czyli zaglądanie do toreb w poszukiwaniu butelek) i wtedy muzyka dobywająca się z głośników zaczęła przypominać „Taste in Men”. Fajnie, pomyślałam, jakiś remix czy co. Ale po chwili zorientowałam się, że to już normalny koncert. Tymczasem po mojej lewej ludzie nadal wchodzili. Wyglądało to jakoś chaotycznie i zabrakło mi przed koncertem momentu wyciszenia. „Taste in Men” kojarzy mi się z penisem na telebimie na Torwarze. I że było zielono. Tym razem żadnych takich kontrowersji nie było, a to, co pojawiało się na telebimach, to zazwyczaj zniekształcone w rozmaity sposób obrazy ze sceny. Dlatego za bardzo nie wiem jak wyglądał Molko, poza tym, że miał długie włosy. Ostatnim razem myślałam, że to przejściowe, a tu proszę… Nigdy nie słuchałam Placebo i właściwie za każdym razem widziałam ich w jakimś sensie przypadkiem. Za pierwszym razem, w 2007 na Torwarze, bo usłyszałam: „no jak to, nie jedziesz na Placebo? weeeeeź, jedź z nami”, za drugim, w 2009 przy okazji, bo grali na Open’erze, i teraz – bo za darmo, bo w moim mieście… i jeszcze ci ludzie ze Szczecina… Aha, ostatecznie nie przyjechali bo ekipa się nie zebrała. W każdym razie fanką zespołu nigdy nie byłam, choć kilka piosenek autentycznie lubię. Muszę przyznać, że set był dobrze skrojony pod festiwal. Zagrali praktycznie wszystko, co potrafi wylosować laikowi Spotify. Ale czy zupełnie nie znając tych piosenek porwałby mnie ten koncert? Gdybym lubiła muzykę gitarową, to może tak, w sumie nie wiem. Ale woląc elektronikę… niekoniecznie. Nie poczułam za bardzo tego występu. Zawsze się łudzę, ale potem zawsze dochodzę do wniosku, że jednak ja muszę być blisko. Potem czytałam, że pod sceną słychać było dudnienie i pogłos. Z kolei z mojego miejsca było trochę… cicho. I mogłoby być bardziej klarownie. Miałam wrażenie, że dźwięki za bardzo zbijają się w jedną całość. Troszkę się jednak pokiwałam, nie mówię, że nie. A najlepiej bawiłam się – tu bez zaskoczenia, bo lubię jak jest mocno i tanecznie – przy „For what it’s worth”. To był dance rock’n’roll, jak zapowiedział ten kawałek Brian. Gdy zagrali „Song to say goodbye” myślałam, że to już koniec (no bo chyba tytuł zobowiązuje?), a tu jeszcze wybrzmiały dwie piosenki, z czego jedna to „Nancy boy”. Nigdy nie słyszałam Nancy’ego na żywo, a to akurat jednen z tych utworów, które powiedzmy, że lubiłam, więc fajnie go było usłyszeć. Później zespół zszedł ze sceny. Ponownie szykowałam się już do wyjścia, kiedy jednak wrócili na bisy. I to jakie! No stąd ni zowąd z głośników poleciały charakterystyczne dźwięki, których bardzo dawno nie słyszałam. Jednak to Spotify pominął, a przecież ja je kiedyś nosiłam ze sobą w odtwarzaczu mp3. „Infra-red”! Jak ja mogłam zapomnieć o istnieniu tej piosenki? To był fajny moment. Autentycznie dałam się zaskoczyć. A potem, na sam koniec, jeszcze perełka – cover „Running up that hill”. Ładne zakończenie.
Generalnie koncert bez wielkich emocji, ale ok, może być. I aż strach bierze jak pomyśleć, że ostatnio widziałam ich aż 15 lat temu.
Żeby było zabawniej, drugiego headlinera też ostatni (i jedyny) raz widziałam 15 lat temu. W lipcu na Open’erze Placebo, a chwilę wcześniej, w czerwcu na Selectorze Royksopp. Bardzo miło wspominam tamten festiwal. 2009 to mój ulubiony muzycznie rok XXI wieku, a i skład festiwalu był świetny. Po tamtym Royksoppie byłam pod takim wrażeniem, że chciałam ich koniecznie jeszcze zobaczyć. Tyle że minęło 15 lat a nam jakoś nie było po drodze. Gdy pojawiali się w Polsce, to albo w miejscu dla mnie ciężko dostępnym, albo na festiwalu, który mnie nie interesował, albo nie z normalnym koncertem tylko z DJ setem. Aż w końcu przyjechali do mojego miasta. I chociaż to również nie był już normalny koncert z wokalem na żywo, tak jak kiedyś, to jednak darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda. Tym razem podeszłam pod scenę całkiem blisko i okazało się to bardzo łatwe. Koncert, w przeciwieństwie do tego dzień wcześniej, rozpoczął się od bardzo długiego intro. Wstęp był tak niespieszny, że nie sposób było się nie zorientować, że to już właściwy występ. Wizualizacji na telebimie nie było, ale bardzo szybko okazało się, co (albo raczej kto) będzie główną atrakcją wizualną występu – trójka tancerzy, dwie kobiety i mężczyzna. Pojawili się w długich pelerynach z kapturami na głowach i z zasłoniętymi twarzami, wolno i majestatycznie wkraczając na scenę. Myślałam, że tacy już pozostaną – tajemniczy i trochę odklejeni od tanecznej muzyki, ale nie – później peleryny poszły w odstawkę a oni zaczęli swój taneczny performance. Przyglądałam się temu i bardzo wiele elementów wyglądało dla mnie na spontaniczne, jakby dawali się ponieść muzyce i poruszali się tak, jak czują. Nie wierzę jednak, żeby taki występ mógł być spontaniczny. Tym więcej we mnie podziwu dla choreografa, który potrafił ułożyć tak skomplikowaną i nieoczywistą choreografię, która nie wyglądała jak choreografia.
Sama zaś muzyka od pierwszych dźwięków przemówiła do mnie bardziej niż gitarowe Placebo. Jednak jestem elektronicznym człowiekiem i nic na to nie poradzę. Na początku z głośników popłynęły tak mocne i przeszywające dźwięki, że niemal poczułam jak mimowolnie zgrzytają mi zęby. Oho, jutro będę głucha, pomyślałam, ale na szczęście z moim słuchem nic złego się nie stało. Po jakimś czasie odsunęłam się trochę w bok i już nie stałam w prostej linii od głośnika, choć głównie z powodu naćpanej grupki osób, która na siłę wepchnęła się przede mnie.
W secie dominowały nowsze utwory, z czasów, gdy Royksopp był już bardziej tanecznym zespołem niż na początku kariery. Zabrakło zatem chociażby “Remind me”, którego wprawdzie nigdy za bardzo nie lubiłam, ale którego koncertowa wersja totalnie mnie zachwyciła na Selectorze. Bardzo chciałam zaliczyć powtórkę, ale niestety się nie udało i pewnie już się nie uda. Najstarszym zagranym utworem był chyba “What else is there”. A tak najwięcej utworów pochodziło z trylogii “Profound Mysteries”, którą znam stosunkowo słabo. Doczekałam się jednak kilku piosenek, które znam dobrze i których słucham od lat – było moje ukochane “The Girl and the Robot”, chociaż w wersji odartej z całej przebojowości, było “Here she comes again” w tanecznej wersji, “Monument”, “Do it again” czy “Running to the Sea”, którego bardzo dawno nie słuchałam i o istnieniu którego niemal zapomniałam.
Ale czy dałam się jakoś szczególnie porwać? Wiedziałam czego muzycznie się spodziewać i że nie będzie za bardzo czego pośpiewać, ale miałam nadzieję, że może chociaż wpadnę w jakiś trans, że dam się zahipnotyzować. Tymczasem tylko troszkę kiwałam się na boki. Myślałam, że bardziej się rozbujam. Jednak ten koncert w Krakowie wywarł na mnie zdecydowanie większe wrażenie. Choć wszystko było bardzo profesjonalne, dźwięk był soczysty i ogromny, utwory odpowiednio podkręcone i zagrane w klubowych aranżacjach, jak na tego typu set przystało, to jednak moje serce zawsze bije mocniej tam, gdzie są wokaliści. Lubię jak na żywo utwory brzmią trochę inaczej i mają trochę inne aranżacje, ale tylko trochę. Dlatego tego typu DJ set zawsze przegra u mnie z normalnym koncertem.
Miło jednak było się wybrać w swoim mieście na występy dwóch tak znamienitych zespołów jak Placebo i Royksopp. Fajnie, że w line-upie tego typu miejskiego festiwalu znalazło się miejsce nie tylko dla muzyki, jaką obecnie słucha młodzież, ale i że starsi słuchacze mieli coś dla siebie, w dodatku główne gwiazdy. Kto by pomyślał te 15 lat temu, że któregoś dnia pójdę na Placebo i Royksoppa z buta i to w dodatku za darmo 😉




