Utwory 2023

Jeśli chodzi o utwory 2023 to może znalazłyby się ze dwa, których w pewnym momencie słuchałam obsesyjnie. Z jednej strony taneczny Bollywood, z drugiej szalona Finlandia. Reszty po prostu słuchałam, albo po prostu doceniłam. To znaczy zapisałam sobie, bo uznałam je za interesujące i warte zapamiętania.
Kolejność przypadkowa.


Meduza – “Friends”
Włoskie trio Meduza wypuściło w zeszłym roku utwór “Friends”, który w jakiś sposób mnie zaintrygował. Tak, jakbym znała ten głos, albo z czymś mi się kojarzył. Ktoś na YouTubie wskazał “Born slippy” Underworld i myślę, że to jest ten kierunek. Chłodny, nieco melancholijny house to ich znak rozpoznawczy. Ich najbardziej znane piosenki są śpiewane, ta z kolei jest mówiona. Nie wiem czemu właściwie, ale ten głos, sposób wypowiadania słów i oszczędne tło sprawiają, że czuję niepokój. Podstawowa wersja jest króciutka – ma mniej niż 3 minuty. Po spokojnym wstępie wchodzi bit, który się rozkręca, ale w momencie, gdy można się spodziewać prawdziwego wybuchu, utwór się kończy. I to jest całkiem intrygujące.Dla mnie to utwór zagadka.


Mike Candys – “Drinkin”
Mike Candys w minionym roku nie próżnował i wydawał piosenkę za piosenką. Wszystkie są utrzymane w podobnym klimacie, ale mi najbardziej do gustu przypadł “Drinkin”. Ma doskonałe tempo do marszu, świetny motyw i super power. To taki utwór, przy którym zakładasz ciemne okulary i mówisz: oh yeah.


Aqua – “Barbie girl” (Tiesto remix)
Nie myślałam, że dojdzie do czegoś takiego, “Barbie girl” w podsumowaniu. Nigdy nie byłam psychofanką tej piosenki – uważałam, że jest po prostu ok (choć płytę “Aquarium” jak najbardziej posiadam na swojej półce), nie zasłuchiwałam się w niej jednak jakoś szczególnie. W minionym roku świat przypomniał sobie o wszystkim, co związane z Barbie, za sprawą filmu Grety Gerwig. Aqua przeżywa zatem renesans kariery, a światło dzienne ujrzał ten oto remix. I powiem tak – Ameryki nie odkrywa. Nie jest nawet specjalnie zgodny z najnowszymi trendami we współczesnej muzyce tanecznej. Ale chyba właśnie to jest jego siłą. Bo to nie tyle remix, co odświeżona wersja piosenki. Niezobowiązująca, lekka, stworzona w szacunku dla oryginału. Podkręca to, co dobrze podkręcić, ale to ciągle “Barbie girl”, tyle że po liftingu. I do tego smaczek w postaci absolutnie eurodance’owego basu na początku.


Calvin Harris feat. Sam Smith – “Desire”
Generalnie nie jest to utwór w moim stylu. Ale coś w nim jest. Ten cień oldschoolowości w nowej odsłonie. Nawet panowie Harris i Smith na promocyjnym zdjęciu, ubrani w ortalionowe dresy, puszczają oczko do przeszłości. Ale w brzmieniu to nie aż tak zamierzchła przeszłość, to bardziej trance z końcówki lat 90. Dość szybki numer, z ciekawym motywem i głosem Sama, który o dziwo wpasował się w ten klimat jak ulał. Niesłodki i niemęczący utwór, który zapada w pamięć.


220 KID, AR/CO – “Wake’N’Shake”
AR/CO to autralijsko-brytyjski duet, który przez 3 lata swojego istnienia wypuścił kilkanaście singli. Leo i Mali-Koa poznali się na “obozie” – czymś na kształt szybkich randek dla muzyków i zaiskrzyło między nimi artystycznie. Zarówno w warstwie muzycznej (te wokale), jak i wizualnej czuć u nich inspirację MGMT i Empire of the Sun. Smaczku utworowi “Wake’N’Shake” dodaje obecność DJa i producenta, ukrywającego się pod pseudonimem 220 KID. Razem stworzyli skoczny i wpadający w ucho utwór. Jest wesoły, ale nie przesłodzony i ma po prostu dawać radość i energię. Sami autorzy mówią o nim tak: “Wyobraź sobie, że budzisz się rano i od razu wskakujesz w imprezowy nastrój”.


Depeche Mode – “Speak to me” (HI-LO remix)
Jakieś fatum wisi nad remiksami Depeche Mode. Powstały ich setki, ale tych dobrych jest jak na lekarstwo. Zazwyczaj są to jakieś popisy, które albo nie mają wiele wspólnego z oryginalną piosenką, albo robią z niej coś, czego nie da się słuchać, a koniec końców najlepsze rzeczy i tak powstają nieoficjalnie za sprawą fanów. Najpiękniejszy utwór z płyty “Memento Mori” doczekał się jednak całkiem przyzwoitej przeróbki. Jest mocno tanecznie, jest mocny bit, jest bas, ale w tym wszystkim jest też piosenka. Oczywiście nie ma tego natchnionego nastroju, co oryginalna wersja, ale nie musi. Do tej wersji da się za to tańczyć. Ładny i porządny remix.


Jai Wolf feat. BANKS – “Don’t look down”
Z BANKS mam tak, że co kilka lat jakaś jej piosenka wpada mi w ucho. Pojedyncza piosenka. W minionym roku było to “Don’t look down”, gdzie zaśpiewała jako featuring w utworze DJa i producenta Jaia Wolfa. Utwór brzmi jednak jak jej pełnoprawny kawałek, a łatka DJa wcale nie sprawia, że Jai zrobił tutaj jakąś dyskotekę. On w ogóle raczej nie robi dyskoteki. Bliżej mu do elektronicznego chillu, takiego przy drinku i w promieniach słońca. “Don’t look down” to bardzo porządny i bardzo chwytliwy utwór electro-pop. Taki z gatunku uplifting, choć w refrenie nie do końca jest wesoło. Jednak pięknie się ten utwór rozwija i refren jest właśnie takim staromodnym punktem kulminacyjnym, gdzie jest wszystko. Nic tylko rozłożyć ręce na boki i tańczyć, czy to na plaży, czy na łące, czy w pełnym słońcu, czy w deszczu.


ktsh x DAKOOKA – “talking”
Ależ to jest oldschoolowe. House w 2023 roku ma się naprawdę dobrze. DAKOOKA i jej nowe wcielenie ktsh dostarczyła w zeszłym roku absolutnie taneczny i hipnotyzujący utwór. “talking” praktycznie od pierwszych dźwięków wchodzi na najwyższe obroty. Szalone tempo, delikatne wokale i housowe sample to znaki rozpoznawcze tej piosenki. Genialny imprezowy kawałek.


Tobias Bernstrup – “Legend”
Tobias Bernstrup, szwedzki artysta audio-wizualny, absolutnie podbił moje serce za sprawą utworu “Legend”. Mam ciarki od pierwszych dźwięków. Cóż za klimat! Cudowne arpeggio, chwytliwy motyw i ciepły bit, a do tego wpadająca w ucho melodia i odrobina mroku. Wspaniałe odniesienia do lat 80. Synthwave i italo disco w najlepszej postaci.


Kylie Minogue – “Tension”
I znów ten house. “Padam padam”, którym Kylie powróciła w minionym roku na listy przebojów, jest bardzo dobre. Uważam że dorównuje “Can’t get you out of my head”, przy czym nie ma ani jednego słabego czy nudniejszego momentu (co zawsze zarzucałam “Can’t get…”). Ale to “Tension” mnie zaskoczyło i jakimś cudem zapętliło się w moim odtwarzaczu. Dzieje się tutaj naprawdę sporo, jest elektronicznie, popowo, ale i nieco awangardowo. Kylie wykorzystuje powtórzenia, śpiewa, wzdycha i melorecytuje. Raz brzmi jak popowa diwa, raz jak robot. Utwór brzmi jak złożony z kilku różnych puzzli, co tworzy naprawdę przedziwną i niepowtarzalną kompozycję. Jakby wciąż wchodzić po schodach, z których każdy jest zupełnie inny. A mimo to, to się wszystko zaskakująco spina. Bardzo złożony utwór, a jednocześnie przystępny.


Duran Duran – “Danse macabre”
Durani wyszli ze swojej strefy komfortu. Od czasu do czasu im się to zdarza i nagrywają coś, co mnie zaskakuje. “Danse macabre” rozwija się powoli i tajemniczo. Zmysłowo pulsuje aż poprzez popowy i taneczny bridge dochodzi do przewrotnego refrenu z przecudownym motywem. Gdyby ta piosenka była filmem, powiedziałabym, że ten motyw to twist.Takie: a kuku, nabrałem cię, jednak nie jest tak, jak myślałeś, widzisz kto teraz jest na górze? Takie melodie właśnie lubię. Oplatają słuchacza niczym wąż i sączą się do ucha, by potem nie móc wyjść z głowy. Słuchanie tego utworu to jak obsesja.


Moyka – “Rear view”
Słuchając tego utworu można by pomyśleć, że Susanne Sundfør wróciła do grania popowo tanecznej muzyki. To jednak nie Susanne, a inna jej rodaczka – Moyka. Zaczyna się chłodno i tajemniczo. Bit pulsuje w tle, a utwór powoli się rozwija i staje się cieplejszy. Refren jednak wcale nie jest tak oczywisty, jak mógłby być. Bo zamiast iść w górę, idzie w dół. I to jest coś absolutnie fantastycznego. Doskonały, porywający electro-pop z Norwegii.


Kalipo, Joy Tension – “Shinigami”
Cudny klimat. Niski wokal i chłodny new wave, synthwave, cold wave czy inny tam wave w bardzo dobrym, wpadającym w ucho wydaniu. Taka muzyka ma to do siebie, że moim zdaniem dobrze brzmi, ale nie jest zbyt piosenkowa (czytaj: jest nudna), więc nie za bardzo mnie porywa. Tutaj mamy jednak przykład, że da się to zrobić tak, żeby było chwytliwe. “Shinigami” pięknie się rozwija i ma bardzo porządny refren a to sprawia, że ma zadatki na hit.


Kaarija – “Cha cha cha”
Ten utwór to po prostu szał. Od 2006 roku, kiedy to zespół Lordi wygrał Eurowizję, Fini pokazują, że są krejzolami i jajcarzami i lubią wystawić w konkursie coś na przekór wszystkim. A najbardziej lubują się w ciężkich dźwiękach. Tutaj mamy jednak miks – z jednej strony wstawki heavy metalowe, z drugiej utwór w większości jest mocno elektroniczny i taneczny. Wikipedia mówi, że to electronicore, industrial metal i… dance-pop w jednym. Piosenka oparta jest na motorycznym, hipnotyzującym bicie, który przeradza się w hałaśliwy i agresywny bridge (tu mamy te metalowe zapożyczenia), aby koniec końców doprowadzić do całkowicie absurdalnego refrenu. Czegoś melodyjnego, słodkiego i tak popowego, że można się tylko roześmiać. Najpierw mrok i budowanie napięcia a potem rzyganie tęczą. To tak, jakby uciekać przed wściekłym mordercą z piłą mechaniczną, który ostatecznie zamiast uciąć nam głowę daje nam kwiatka i uśmiecha się anielsko. Rzecz szalona i absolutnie fantastyczna. 200% guilty pleasure.


Rahul Sipligunj, Kaala Bhairava, M.M. Keeravani – “Naatu Naatu”
Najpierw wysłuchałam tej piosenki, ponieważ została nominowana do Oscara – fajna, pomyślałam, muszę obejrzeć film. Potem obejrzałam “RRR” i się zakochałam. Tak totalnie, że aż zatrzymałam oglądanie po to, żeby natychmiast wysłuchać “Naatu naatu” jeszcze raz, a od słuchania aż się spociłam. Ten utwór to wulkan energii i radości. Gdy oglądam sekwencję taneczną z filmu albo oscarowy występ, to uśmiech nie schodzi z mojej twarzy. Mamy tu i typowy bollywood, i trochę nowoczesnych rytmów oraz ciekawą konstrukcję, która powoduje, że na końcu utwór po prostu eksploduje. Zdecydowanie guilty pleasure.


Shakira, Manuel Turizo – “Copa Vacia”
Stwierdziłam, że to zestawienie nie byłoby jednak kompletne bez “Copa Vacia”. Chociaż z własnej woli wysłuchałam tej piosenki może raz, to jednak wiąże się z bardzo miłymi, tanecznymi wspomnieniami. To jeden z tych utworów, który sprawiał mi dużą przyjemność na zeszłorocznej zumbie. Wpadający w ucho, kołyszący z bardzo miłym bitem. A do tego ma jeszcze bardzo ładny klip – bajkowy i smutny zarazem.