Okazuje się, że trochę było płyt, których słuchałam. Czy była jedna płyta, którą mogę nazwać płytą roku? Oczywiście nie. Były płyty, które mi towarzyszyły w różnych momentach i które w tych momentach spełniały określone zadanie – budziły mnie, albo rozweselały, albo pozwalały mi się skupić. Było też oczywiście kilka albumów, które w teorii zapowiadały się dobrze, a w praktyce prawie w ogóle nie gościły w moich słuchawkach. Nie będzie zatem w zestawieniu ani VNV Nation, ani IAMX. Będzie za to kilka niespodzianek i kilka dziwactw. Kolejność dowolna.
GITARY

HIMALAYAS – “From Hell to here”
Ta płyta jest jak poranna kawa. Mocne basy, soczyste gitary i energetyczne brzmienie. Do tego melodie, które może nie zapisują się na długo w mojej pamięci, ale mi pasują. Tak naprawdę każdy utwór śmiało mógłby być singlem. Nieśmiało zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że słuchanie tej płyty daje mi podobną przyjemność, co słuchanie White Lies. „From Hell to here” to długogrający debiut czwórki Walijczyków, którzy zdążyli już jednak zjeść zęby na różnych festiwalach i zyskać ponoć całkiem spore grono fanów. Ja o nich wcześniej nie słyszałam, a mimo to mam wrażenie, że słucham samych szlagierów, które są ze mną od lat. Bynajmniej nie mam tu na myśli, że brzmią nieoryginalnie, czy że coś lub kogoś kopiują, ale że nagrali po prostu bardzo dobrą, pierwszą płytę, której od początku do końca słucha się z przyjemnością.

Till Lindemann – „Zunge”
Nie jestem fanką solowych dokonań Tilla Lindemanna, bo uważam je za popłuczyny po Rammsteinie. Pojedyncze utwory, zwłaszcza single, są ok, ale całościowo brakowało mi jednak do tej pory tej przebojowości i pomysłowości.
Jednak w przypadku „Zunge” coś pękło. To nadal nie jest poziom R+, ale jest tego poziomu bliżej. To nadal są bardzo podobne rzeczy, ale tym razem nie mam już takiego wrażenia, że Till próbuje dogonić. R+. Nie biegnie już tym samym torem, z tyłu, a raczej biegnie obok. Tak jakby złapał rytm. Przede wszystkim utwory same w sobie (czytaj: melodie) na „Zunge” zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu. Może to kwestia tego, że zrobiło się mniej ciężko i po prostu bardziej melodyjnie? Innymi słowy Till trochę się przytemperował i spoważniał. Albo ja wpadłam w R-bańkę i łykam wszystko spod znaku R? Nie ma tu hitu czy zdecydowanego faworyta, ale całościowo działa jak dobra kawa.

Host – „IX”
Przyznaję szczerze, że po pierwszych dźwiękach „IX” myślałam, że słucham solowego projektu Marka Hockingsa. Przyznam, że mi się podobało. Tymczasem jednak okazało się, że to nie żaden Mark, tylko chłopaki z Paradise Lost – Nick Holmes i Gregor Mackintosh, którzy postanowili wrócić do eksperymentu sprzed lat. Nazwę Paradise Lost znałam tylko ze słyszenia, i to i tak nie bardzo, ale był taki moment, gdy ktoś podrzucił mi ich płytę „Host” – bo taka depeszowa. Sam zespół nie, ale płyta – owoc ich muzycznych poszukiwań – tak. Panowie najwyraźniej zatęsknili za tamtym brzmieniem i poczuli, że mają jeszcze coś do powiedzenia w tym temacie, więc stworzyli projekt poboczny, który nazwali – a jakże by inaczej – Host. I chyba im się udało, a przynajmniej mi się podoba. Rzeczywiście bardzo mocno czuję klimat tamtej płyty. To taki sam typ melodii, który swoją drogą bardzo lubię, podobne, niespieszne tempo i podobne brzmienie. Tylko troszkę więcej przemyconych elektronicznych motywów, ale i tak bardzo dyskretnie i tylko chwilami. Za to znów mam ten sam zarzut, który miałam wtedy – perkusja mogłaby być ciutek mocniejsza. Ciekawe, że wtedy Nick brzmiał jak popowy James Hetfield, a teraz jak bliźniak Marka Hockingsa, co chyba jeszcze bardziej przybliża tę muzykę do melodyjnych synthpopów, jakie lubię. Jest w tych utworach coś, co sprawia, że chociaż żaden z nich nie wybija się jako potencjalny hit, to wszystkie brzmią znajomo.

Maneskin – „Rush!”
Powiem szczerze, że Maneskin nie był moim eurowizyjnym faworytem, ale gdy okazało się, że o czwórce Włochów robi się coraz głośniej, to trzymałam za nich kciuki. Bo to po prostu fajna kariera, budowana stopniowo i konsekwentnie. Do tego po prostu zdolni ludzie, którzy mają w sobie oldschoolową, rockową charyzmę. I tak po nitce do kłębka doszłam do ich ostatniej płyty, która jak na mój gust jest po prostu najbardziej przystępna dla takich ludzi, jak ja, którzy na co dzień słuchają dużo mniej gitarowej muzyki. „Rush” to doskonała mieszanka ciężkich gitar i mocnych perkusji z bardzo chwytliwymi melodiami. Nie brak tu ani energii, ani przebojowości. Ta płyta to po prostu kopalnia hitów. Myślę, że bez żadnych brzmieniowych kompromisów udało się zespołowi nagrać album, który jest w stanie wyjść poza ramy gatunku i porwać szerokie grono słuchaczy, bo jest po prostu dobry. I kropka.

This Eternal Decay – „Absolution”
Nigdy nie byłam fanką zimnego grania, choć jest kilka „zimnych” piosenek, które lubię. Jeśli jednak złagodzi się zimnofalowość melodiami, które nie są monotonne, i doda się do nich syntezatory, to otrzymuje się mieszankę, która jest całkiem miła dla moich uszu. Nie słuchałam trzech poprzednich płyt Włochów z This Eternal Decay, ale „Absolution” mnie zaciekawiło. Właśnie dlatego, że mimo dużej dawki chłodu nie jest to klasyczna płyta dark wave. Melodyjnie dzieje się tutaj więcej, wokale są trochę bardziej różnorodne, a perkusja porywa do tańca. I tylko ta tęskna, posępna gitara zdradza, że to wciąż zimna fala, tylko może nie aż tak bardzo zimna. Ponura ale i romantyczna.
OKOŁO-POP

Jessie Ware – “That! Feels good”
Znów to zrobiła. „That! Feels good” to naturalny następca „What’s your pleasure?” z 2020 roku. Jessie zdecydowanie weszła w disco i funk i choć wydawało mi się, że wycisnęła z nich już wszystko na poprzedniej płycie, to okazało się, że drzemią w niej nieskończone pokłady natchnienia. Ponownie udało jej się nagrać album mocno stylowy, mocno klimatyczny i pełen utworów, z których praktycznie każdy brzmi jak szlagier. Nigdy nie byłam fanką takiego brzmienia, a w wersji Jessie łykam je bez mrugnięcia okiem. To siła po prostu dobrych, porywających utworów. Wszystko tu brzmi tak, jak powinno. Jakby Jessie włączyła wehikuł czasu i przeniosła nas do lat 70., do imprez, na których królowały jej koleżanki, Diana Ross i Donna Summer. I nawet oczko puszczone do brazylijskich rytmów wypada niezwykle naturalnie i zgrabnie. Jessie to po prostu czuje i wie co robi. Tu nie ma ściemy, nie ma fałszywego ruchu, poszczególne elementy tej układanki idealnie do siebie pasują – jest ich dokładnie tyle, ile potrzeba, i są dokładnie takie, jakie powinny być. Bardzo pozytywna, porywająca i bujająca płyta, której słuchanie daje nieustanną przyjemność.

Phaeleh – “A new Day”
Kategoria: muzyka do relaksacji, albo muzyka do słuchania w trakcie pracy jak chcesz się skupić, ale nie chce Ci się spać. Płynie sobie spokojnie, jest lekka, melancholijna i przestrzenna. Czuć w niej oddech. Utwory są ładne i można je sobie ponucić, ale absolutnie nie zaprzątają uwagi. Całość utrzymana jest w średnim tempie. To taka bardzo niezobowiązująca elektronika naznaczona dubstepem.

Caroline Polachek – “Desire, I Want To Turn Into You”
Początkowo ta płyta w ogóle mi nie podeszła. Wydawała mi się zbyt chaotyczna. Po kilku przesłuchaniach weszłam jednak w tę konwencję i zaczęłam ją doceniać. Muzyka Caroline po prostu taka jest – oparta na fundamentach indie popu, ale obudowana masą niecodziennych rozwiązań instrumentalno-produkcyjno-wokalnych. Twórczość Caroline jest bardzo autorska i trudno sobie wyobrazić, by jej utwory mógł wykonywać ktokolwiek inny, podobnie jak w przypadku np. Bjork. Tutaj nigdy nie wiadomo co nastąpi za chwilę, nigdy nie wiadomo czego się spodziewać, dlatego najlepiej podchodzić do tej muzyki bez oczekiwań, a z otwartym umysłem. I choć utwory są mocno skomplikowane i nie brak tu eksperymentów, to koniec końców u podstaw zawsze leżą melodie, a te są miłe dla ucha. Czasem nawet przeciętny słuchacz może coś zanucić. Dziwna, bardzo bogata i eklektyczna płyta.

Glume – “Main Character”
Może nie jest to płyta, która skradła mi serce i której nie potrafiłam przestać słuchać, ale jest w niej coś, co sprawiało, że o niej myślałam. Bo “Main Character” to coś więcej niż płyta. To cała historia, cały mały świat, cały film. To opowieść o dziewczynie, Glume Harlow (niegdyś Molly Marlette), która od najmłodszych lat była obecna w show biznesie za sprawą swojej toksycznej matki. Znamy już wiele takich historii – dziecięca aktorka, której odebrano dzieciństwo, która musiała utrzymywać całą rodzinę, a w dorosłym życiu musi sobie radzić ze skrywanymi traumami i problemami zdrowotnymi. Tyle, że ta dziewczynka wielkiej kariery nie zrobiła, mimo wysiłków matki, która faszerowała ją lekami i narkotykami, by była zawsze na chodzie, co zaowocowało m.in. toczniem i chorobą serca.
W dzieciństwie mała Glume była odseparowana od rówieśników i normalnego, nie hollywoodzkiego świata. Rodzice serwowali jej stare filmy i oldschoolową muzykę, co czasem słychać z jej utworach, ale przede wszystkim widać w jej image’u. Glume wygląda jak połączenie dziecka z dorosłą – jest drobna i ma dziecięcą twarz z wielkimi oczami, ale i przesadnie wielkimi ustami, niczym lalka. Jej platynowy blond przywodzi na myśl Marilyn Monroe, a jej ciało zdobią kreskówkowe tatuaże. Czasem stylizuje się na seks bombę ze starych filmów, a czasem wygląda jak grzeczna pensjonarka rodem z lat 40 czy 50. Mając kilka lat grała Shirley Temple na Broadway’u, śpiewała i stepowała, ale nigdy nie zrobiła wielkiej kariery (odpadła w castingu do “Hanny Montany” dostając się do finałowej trójki). Nigdy nie czuła, że gra w swoim życiu główną rolę, stąd tytuł płyty. Skoro nikt nie obsadził jej w głównej roli, sama postanowiła to zrobić i stworzyć opowieść o sobie samej. O swoim bólu, o traumach, o uczuciach dziecięcego aktora, który nie staje się gwiazdą. Ta płyta to próba uleczenia zranionej duszy i pogodzenia się z przeszłością. Dlatego nie potrafię jej rozpatrywać w kategoriach osobnych piosenek, nie skupiam się tak bardzo na melodiach, ani czy coś brzmi “fajnie” czy “eksperymentalnie”. Patrzę na to jak na całość, jak na film. A tą całością jest historia Glume, jej problemy wynikłe z dzieciństwa, jej postać i dopiero na końcu muzyka. I to połączenie sprawia, że “Main Character” siedzi mi w głowie.
SYNTH-DARK-GOTH-ELECTRO

Torul – “End less dreams”
Nie doceniłam Torula, gdy poznawałam go kilka lat temu, przygotowując się do festiwalu, na którym występował zespół. Potrzebowałam czasu, żeby na spokojnie wsłuchać się w muzykę Słoweńców i to zaprocentowało, bo stopniowo zyskiwali w moich oczach. Doceniam ich za melodie i brzmienie. Poruszając się w ramach synthpopowej elektroniki, potrafią wycisnąć z tego gatunku coś ciekawego i nieoczywistego. Mimo że najnowsza płyta nie jest najjaśniejszym punktem w ich dyskografii, to dobrze się jej słucha. Wydaje się być spokojniejsza, delikatniejsza i mniej chwytliwa od poprzednich albumów, ale wciąż ma to coś. Coś, co jest interesujące, coś, co można odkrywać. Czasem brzmi bardzo klasycznie, czasem muzyka jest motoryczna, czasem płynie, czasem świdruje soczystym elektronicznym basem, a czasem zdarza jej się nawet poderwać do tańca. Mimo braku oczywistych hitów, jest tu spójność i konsekwencja.

CygnosiC – “Demystify”
CygnosiC to grecki, jednoosobowy projekt Georgiosa Psaroudakisa. Przepis na muzykę jest tutaj prosty – dark electro, industrial, EBM – wszystko w skocznym wydaniu, do tego death metalowy wokal i melodie obliczone na bycie chwytliwymi. Mimo nieco “strasznego” wokalu, nie ma tu zbyt wiele mroku. Wręcz jest dość przyjemnie i tanecznie. To taka niezbyt odkrywcza, niezobowiązująca płyta, na której nie ma parkietowych szlagierów, ale która spokojnie może robić za imprezowego zapychacza i którą całkiem dobrze się słucha, gdy ma się ochotę na coś dynamicznego.

Third Realm – “Into Oblivion”
Third Realm to dla mnie twór pełen skrajności, nie potrafię zdefiniować tego jednoosobowego projektu Nathana Reinera. Najnowsza płyta wita słuchacza grafiką, która przywodzi mi na myśl animacje Tima Burtona. Spodziewałabym się po tym smętnego gotyckiego rocka, tymczasem jeśli jest tu jakiś gotyk, to mocno ukryty za warstwą tanecznej elektroniki. Lub ewentualnie pobrzmiewa gdzieś w melodiach. Bo to płyta raczej z bitem z automatu perkusyjnego niż z żywą perkusją. Natomiast można tu odnaleźć fascynację, czasem bardzo dosłowną, mocnymi gitarami i metalowym stylem śpiewania. Co nie oznacza, że nie ma tu wręcz dyskotekowych i dość lekkich numerów. Ba, czasem nawet wręcz synthpopowych. A więc z początku dyskoteka, ale im dalej w las, tym bardziej metal. Niepozbawiony jednak gdzie nigdzie całkiem przyjemnej dla ucha melodii. Ale żeby się zanadto nie przyzwyczajać, pod koniec muzyka zmienia się w coś na kształt futurepopou, aby ostatecznie zakończyć płytę powolnym utworem tytułowym, który wreszcie brzmi jak ilustracja okładki. Takie to właśnie gotycko-rockowo-darkwave’owo-futurepopowe dziwo, które brzmi tak eklektycznie, że bardziej przypomina kompilację różnych wykonawców niż płytę jednego człowieka.
https://www.youtube.com/watch?v=HEw1e4_CWMU

Sierra – “A story of anger”
Chłodna elektronika z mocnymi elementami – tak bym określiła debiutancką płytę francuskiej producentki, Sierry. Słychać tu czasem charakterystyczny, ciepły bit french electro, ale więcej jest posępnej elektroniki spod znaku synthwave. Czasem jest ona potężna, ale czasem sunie dość lekko, choć po dnie. Mimo jednego wspólnego utworu nagranego z Carpenter Brut i mimo tytułu płyty, nie ma tu zbyt wielu agresywnych momentów. Nie ma też szaleństwa, jest raczej zimna kalkulacja. W tym chłodzie zawsze jednak można liczyć na jakiś ciekawy, choćby fragment melodii. Jest niepokojąco, minorowo, a czasem nawet dramatycznie. W tym przypadku okładka bardzo dobrze oddaje zawartość płyty – ciemnej, tajemniczej i wymykającej się prostym definicjom.

Blutengel – “Un:sterblich – our souls will never die”
Blutengel nie bierze jeńców. Jeśli Chris Pohl ma ochotę nagrać album, na którym jest tyle piosenek, że trudno je policzyć, to go nagra. Jeśli mianuje swój projekt nieśmiertelnym, to tak jest i basta. Zawsze patrzyłam na Bluta trochę z przymrużeniem oka, uważając, że z jednej strony jest trochę oldschoolowy, z drugiej trochę chodnikowy. To taka trochę przesadnie dramatycznie-mroczno-gotycka potańcówka. A mimo to w ostatnich latach bardzo przyjemnie mi się tego słucha. Moim zdaniem Blut trzyma poziom. Wśród kilkunastu utworów z ostatniej płyty można znaleźć i coś, przy czym dałoby się poskakać na imprezie, i coś mocniejszego, do przeżywania, i nawet jakiegoś całkiem niebrzydkiego przytulańca. Może i nowych fanów z tego nie będzie, ale stare, gotyckie serduszka powinny być zadowolone.

Vioflesh – „Feeling you don’t see”
Vioflesh to chilijski duet, w skład którego wchodzi wokalistka i autorka tekstów Vio i producent Flesh. Razem tworzą muzykę, która jest zimna i melodyjnie monotonna. Klimat jest ciężki i ponury, mimo delikatnego wokalu, pełnego oddechu. Nie jestem fanką takiego śpiewania, ale powiedzmy, że tu mi nie przeszkadza. Nie ma tu hitów, które wpadałyby w ucho, utwory rozwijają się w ograniczonym zakresie i nie dochodzi do żadnego apogeum, ale jest atmosfera. To nie jest muzyka dla wesołych ludzi, nie da się nią poprawić humoru, ani nie działa jak kawa. Ale dla smutasów, którzy mają ochotę oderwać stopy od ziemi lub po prostu pokontemplować, jest jak najbardziej ok.

Alienare – „Emerald”
Panowie T.Green i T.Imo, tworzący wspólnie pod szyldem Alienare, nagrali płytę, której świat zapewne nie potrzebował. Chyba, że ktoś miałby po prostu ochotę na dawkę nowej muzyki spod znaku futurepopu klasy B. A ja ostatnio miewam takie ciągoty, więc znalazło się w moich słuchawkach miejsce dla tego faceta z dziwacznym, seledynowym irokezem, który wygląda jakby gość miał ciężką noc. Może nie ma tu hitów, ale skoczności nie da się tej płycie odmówić. Zaczyna się całkiem przyzwoicie, od wpadającego w ucho futurepopowego parkietowca i właściwie później nie zwalnia tempa. W jednej piosence pobłogosławił tych zielonych chłopaków sam Chris Pohl z Blutengela. Więc nawet jeśli o „Emerald” szybko się zapomina, to można się przy niej całkiem nieźle pobawić.

Apnoie – “Ivory Tower”
Apnoie wzięła mnie podstępem. Sączyła mi się do ucha dzięki algorytmom Spotify i ani się spostrzegłam, jak wpadłam. Pod tą nazwą ukrywa się Aleksandra Snork, która na co dzień gra na klawiszach w formacji Dance my Darling. A poza tym jest Rosjanką. W zeszłym roku wraz z macierzystym zespołem grała na Wave Gotik Treffen. Nie wiem, co o tym myśleć, podobnie jak nie wiem jak traktować twórczość twórców, którzy byli doskonałymi artystami, ale beznadziejnymi ludźmi. Ale z ręką na sercu muszę przyznać, że “Ivory Tower” bardzo mi się podoba. To taneczna i bardzo chwytliwa mieszanka mrocznej elektroniki i delikatnego, słodkiego głosu Aleksandry, która czasem śpiewa, a czasem wręcz szepcze. Jest chłodno, ale jednocześnie porywająco. Bez typowych refrenów, a jednak mocno melodyjnie i wciągająco. To taki zimny, hipnotyzujący trans spod znaku dark-electro-pop. Jest klimat.

Rein – “God is a Woman”
Rein to trudna do sklasyfikowania artystka, dlatego jest tak ciekawa. Na pewno porusza się po elektronicznym gruncie i lubi mroczne klimaty, ale lubi też mieszać – EBM, electropunk, coldwave z delikatnymi melodiami. “God is a Woman”, druga płyta w jej dyskografii, jest delikatniejsza i przystępniejsza od debiutu, a jednocześnie jest bardziej zróżnicowana.
Nie jest łatwa, ale jednocześnie fascynuje. Surowe, mechanicznie bity łączą się tu z chłodnymi, niebanalnymi melodiami, które zadziwiająco łatwo zapadają w pamięć. Rein czasem śpiewa ładnie i wręcz popowo, by innym razem wydrzeć się jak prawdziwa buntowniczka. Śpiewania jest tu jednak zdecydowanie więcej. Niektóre utwory ma się ochotę nucić pod nosem, ale są i takie, które praktycznie składają się z samego rytmu. Z jednej strony moc i siła, z drugiej delikatność. Muzyka Rein ma wiele odcieni i niejednoznaczności, a “God is a Woman” tylko potwierdza, że artystka ma przed nami jeszcze wiele do odkrycia.

Kalipo – “WUT”
Kalipo to niemiecki producent, który wymyka się łatwym definicjom. Zawsze podchodzę z pewną rezerwą do “producentów” ponieważ wydaje mi się, że liczy się dla nich przede wszystkim brzmienie, nie zaś melodia. To ludzie, którzy grają w klubach taneczne kawałki i miksują na żywo. Takie mam zawsze pierwsze skojarzenie i nic na to nie poradzę. Tymczasem utwory Kalipo są jak najbardziej piosenkowe. Mają odpowiednią strukturę, mają zwrotki, mają refreny, mają rozwinięcie. Tutaj muzyka jest na równi z brzmieniem. Ponadto samo brzmienie również jest dalekie od typowego clubbingu – mamy tutaj wprawdzie taneczną, ale jednak odsłonę cold/darkwave’u, podlaną lekko disco-house’owym sosem. Kalipo śmiało puszcza oko do ejtisowych, zimnych bitów, a mnie się ta ponura energia bardzo podoba..

Morphose – “The Open Shutter”
Morphose to dziecko niemieckiego producenta i twórcy muzyki filmowej, Christopha Schauera. Dla mnie “The Open Shutter” to płyta perkusyjno-gitarowa, obudowana elektronicznymi dźwiękami. To znaczy, że nie jest zbyt szybka, nie jest taneczna, ale można przy niej całkiem porządnie przestępować z nogi na nogę. Utwory są nieoczywiste w swej melodyce, dzięki czemu nie pchają się nachalnie do głowy, ale dobrze się ich słucha. A takie “Sounio” czy “Patronize” natychmiast zapadają w pamięć. Z kolei “Undertow” mogłoby się znaleźć na “Who watches over me?” Mesha. Bardzo mi takie brzmienie i takie melodie odpowiadają. Do tego mamy tutaj kilku sympatycznych gości – Lennarta Salomona z Sono, Svena Friedricha z Solar Fake czy Saschę Kleina z Neuroticfish. Porządna płyta.

Duran Duran – „Danse macabre”
Durani trzymają poziom. Wiem czego się po nich spodziewać i to dostaję. Chyba zawsze powtarzam, że nie oczekuję od nich innowacji czy zmiany stylu- to nie jest zespół z gatunku wiecznie szukających. Chcę jedynie dobrych piosenek i to mi dają. Ciekawe melodie, kilka typowych dla nich tanecznych numerów, kilka tajemniczych. Niektóre brzmią jakby od lat były szlagierami („Black moonlight”), inne zaskakująco świeżo („Danse macabre”). I nawet w temacie coverów DD mają coś ciekawego do powiedzenia („Bury a friend”). Ale zaraz zaraz… Przecież i “Psycho Killer” jest coverem (Talking Heads), i “Spellbound” (Siouxie and the Banshees), i w pewnym momencie słychać “Super Freak” Ricka Jamesa, a i “Night boat”,”Secret Oktober 31st” i “Love vodou” to też stare piosenki samego Duran Duran. “Danse macabre” to nie jest klasyczna “nowa” płyta. To zbiór przeróbek, coverów, nowych wersji, wśród których są tylko 3 nowe utwory. Tak jakby chłopaki przyszli na szaloną Halloweenową imprezę i po prostu zaczęli grać to, co lubią. A że mają swój styl, to wyszło po duranowemu. Ja dałam się nabrać, ale w bardzo pozytywnym znaczeniu.

Depeche Mode – “Memento Mori”
Biłam się z myślami czy włączyć ten album do zestawienia, bo wcale nie jestem pewna czy powinien tutaj być. Bo czy faktycznie słuchałam go z własnej woli? A może głównie dlatego, że wybierałam się na koncerty? Ale niech będzie, że coś napiszę o tej płycie, przez wielu pokochanej od pierwszego przesłuchania, w przeciwieństwie do tej „okropnej” Delty, a przez innych, takich jak ja… hmmm… no właśnie. Po ponad roku cały czas mam trochę mieszane uczucia. Nie do końca mi ta płyta wchodzi. Niby jest przyzwoita, ale nie wzbudza już we mnie takich emocji, jak starsze rzeczy. Brakuje mi tu czegoś, do czego chciałabym wracać. “Wagging Tongue” i “Ghosts Again” to taki miły duet radiowych kawałków. Całkiem przyjemnych i nawet nadających się na depotekę, ale i takich, o których zaraz i tak wszyscy zapomną. I obawiam się, że tak jest również z pozostałymi. Póki ich słucham, jest ok, ale jak przestaję, zapominam o nich. Takie np. bluesowe “Don’t say you love me”, fantastyczny utwór do śpiewania, mógłby się znaleźć nawet na “Songs of faith and devotion”, tyle że się nie znalazł. “My Favourite Stranger” ze świetnym riffem gitarowym, który jak tylko usłyszałam to pomyślałam: błagam, tylko żeby nie ubrali tego w tę tekturową perkusję. Niestety, ubrali. Nie przepadam za takim dźwiękiem. Ale skoro domyśliłam się, że może się pojawić, to oznacza, że zespół stał się dla mnie przewidywalny. A przecież to za nieprzewidywalność ceniłam ich kiedyś bardzo mocno. Tymczasem oprócz znanych z XXI wieku patentów, jest tu też pewna nostalgia za latami 80. “Soul with me” to moim zdaniem jedna z najbardziej udanych Martinowych solowych ballad. Taka, którą da się zaśpiewać na karaoke i zrobić dramatyczny show. Prawie jak “A question of lust”. Najwybitniejszym jednak przykładem ejtisowego kawałka, który można znaleźć na “Memento…” jest “People are good”. Motoryczna, kanciasta produkcja, właściwie nieładna melodia, ale przede wszystkim tekst – bardzo mocny i przewrotny, przywodzący mi na myśl takie klasyki jak “Blasphemous rumors”. I choć taka piosenka nigdy nie znalazłaby się w gronie moich ulubionych, to bardzo doceniam jej artyzm. Muzycznie zdecydowanie bardziej trafia do mnie kołyszące “Always you”. To chyba jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Ale znów – to taki utwór, który mogę śpiewać i przy którym mogę się bujać, ale jak ktoś mnie zapyta o jego tytuł, to zaniemówię. Z kolej “Never let me go”, choć również mi się podoba, to bliski krewny “Lilian”, a wieńczący dzieło “Speak to me” jest jak kontynuacja “Cover me”. Ale akurat w tym przypadku “Speak to me” totalnie skradło mi serce. To absolutnie piękny utwór, monumentalny, wzruszający z poruszającym tekstem. Jeśli przez cały album panowie godzili się z losem i upływającym czasem i powoli się żegnali, to podczas ostatniego utworu następuje wniebowstąpienie. Dosłownie widzę oczami wyobraźni, jak ich dusze unoszą się do nieba.
Pamiętam, że słuchając tej płyty po raz pierwszy miałam wrażenie, że tak naprawdę jest to płyta z lat 80., którą po prostu nagrano przy pomocy obecnej techniki. Czy gdyby te utwory zostały nagrane wtedy, to czy bardziej by mnie chwyciły za serce? Ciężko powiedzieć. I tak cały czas nie wiem co o tym wszystkim sądzić…
