Eurowizja 2021

Lubię powtarzać, że łykam wszystkie filmy o muzykach, nawet tych nieistniejących, dlatego w czerwcu zeszłego roku wyczekiwałam premiery netfliksowego „Eurovision Song Contest – The Story of Fire Saga”. I nie dość, że się nie zawiodłam, to jeszcze bardzo miło się zaskoczyłam, a ścieżka dźwiękowa naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. To dlatego, że zawierała zestaw porządnych, nowoczesnych i chwytliwych popowych piosenek, z których każda z powodzeniem mogłaby wystartować w prawdziwej Eurowizji. Tak się wkręciłam w soundtrack, że poszłam dalej i zaczęłam słuchać eurowizyjnych playlist z ostatnich lat. Muszę przyznać, że dawno nie oglądałam ani nie interesowałam się konkursem, dlatego zaskoczyło mnie to, co tam się teraz dzieje. Za moich czasów Eurowizja była potwornie nudnym „show”, pełnym kiczowatych, mało porywających i po prostu słabych piosenek, które nie miały nic wspólnego z tym, co działo się na listach przebojów. Tak to zapamiętałam, choć teraz wspomina się tamte czasy jako te, gdzie liczyły się prawdziwe utwory i prawdziwe umiejętności wokalne. Ja jednak zapamiętałam przede wszystkim ziejącą z ekranu nudę. Tymczasem okazuje się, że uczestnicy wreszcie poszli po rozum do głowy i zaczęli wystawiać takie piosenki, które mają szanse przebić się do masowej świadomości, zamiast nadętych, festiwalowych tworów, skalkulowanych (zazwyczaj błędnie) tylko na wygraną. Mam wrażenie, że w latach 90. taneczne utwory uważane były za niepoważne i panowała opinia, że wygrać może tylko ballada na miarę Whitney Houston, a obecnie trendy zupełnie się odwróciły. Dziś to ludzie mają decydujący głos, nie jury. Dlatego w tym roku postanowiłam zasiąść do oglądania Eurowizji na żywo (tak się nakręciłam, że czekałam od czerwca ;-)) i wreszcie, ba, chyba po raz pierwszy, jej oglądanie sprawia mi przyjemność. Eurowizja wreszcie jest normalnym koncertem, takim, który każdy z występujących wykonawców mógłby dać niezależnie, podczas swojej trasy koncertowej. Chociaż z drugiej strony może jednak nie, bo ostatecznie na pewno nie każdy miałby budżet na takie efekty specjalne, jakie obecnie można oglądać na Eurowizji. Oczywiście nie brak głosów, że kiedyś liczył się – no właśnie – przede wszystkim głos, a teraz tylko golizna, blichtr i kolorowe światełka, ale to jest stety lub niestety wyznacznik naszych czasów. Poza tym moim zdaniem najważniejsza jest piosenka i jej wykonanie. Można nie być fantastycznym wokalistą, ale w konkretnej piosence brzmieć świetnie i zrobić doskonały performance, nadając mu niepowtarzalną oprawę wizualną. Zresztą nie oszukujmy się, na Eurowizji zawsze była cała masa piosenek, które były po prostu słabe i nudne, a teraz jeśli nie ma czego słuchać, to przynajmniej jest na co popatrzeć. Skoro obecna telewizja potrafi zadziwiać efektami specjalnymi, to dlaczego z tego nie skorzystać?
Do tego dochodzi jeszcze Internet, który moim zdaniem bardzo pomaga Eurowizji nabrać jeszcze większego rozmachu. Kiedyś praktycznie nie dało się poznać wcześniej konkursowych piosenek. Trzeba było czatować na specjalne programy na Jedynce gdzie prezentowano kandydatów (do dziś pamiętam, że tak właśnie poznałam „Divę” Dany International), a i tak, nie oszukujmy się, zazwyczaj miało się szansę usłyszeć eurowizyjne piosenki raz czy dwa. Teraz, dzięki serwisom streamingowym, można je poznać od A do Z. Można ich słuchać przez kilka miesięcy w różnych sytuacjach, co pozwala naprawdę jedne pokochać, a inne znienawidzić. Ale przede wszystkim pozwala wyrobić sobie własne zdanie. Dzięki tej dostępności moim zdaniem konkurs zbliżył się do ludzi i pozwala wylansować rzeczywiste, może nie przeboje (choć wyjątki się zdarzają), ale przynajmniej piosenki, których ludzie fatycznie słuchają.
Ja zapoznałam się z tegorocznymi kandydatami właśnie przez serwis streamingowy. Nie oglądałam, jedynie słuchałam i nie sprawdzałam kogo słucham. Nie wiedziałam więc jaki kraj reprezentuje dany utwór, co dało mi całkowitą bezstronność. I muszę przyznać, że bardzo mi się taka zabawa podoba. Nie odmówiłam sobie też przesłuchania zeszłorocznej playlisty (i kilku wcześniejszych, ale to już szczegół) i porównania zeszłorocznych piosenek z tegorocznymi. Warto tu zanotować (zwłaszcza na przyszłość), że z powodu pandemii koronawirusa Eurowizję 2020 odwołano. Część państw zdecydowała się pozostać przy tych samych, wytypowanych rok temu, wykonawcach (chociażby Islandia, Ukraina, Szwajcaria, Belgia czy Bułgaria), część postawiła na nowe twarze (w tym Polska). Piosenki musiały być jednak nowe. Myślę, że wykonawcom, którzy zostali wytypowani już 2 lata temu bardzo przysłużyło się to w karierze, bo dzięki temu dłużej się o nich mówiło i lepiej można było ich poznać.

Pierwszy półfinał oglądałam niestety nie od początku, a okazał się być znacznie ciekawszy od drugiego. Ominął mnie m.in. występ cudownego The Roop. Zaczęłam od reprezentantki Irlandii, Lesley Roy i w pamięci zapadła mi jej wędrówka po tekturowym lesie – takie przynamniej miałam skojarzenia (z tekturą). Pani, chociaż piosenkę miała nośną, nie przeszła dalej. Wydaje mi się, że w latach 90 jej power pop miałaby większe szanse. Teraz gitary i wszelkie żywe instrumenty poszły w kąt, a prym wiedzie muzyka taneczna (może dlatego mi się podoba?). Jest więc energetycznie i kolorowo, jest dużo choreografii, kocich ruchów i efektów wizualnych. Królują gorące laski, skąpe stroje i śmiałe ruchy oraz zachodnie rytmy. Tu można wymienić Albinę („Tick-Tock” – Chorwacja), Efendi („Mata Hari” – Azerbejdżan), Hurricane („Loco loco” – Serbia), Natalię Gordienko („Sugar” Mołdawia), Anxhelę Peristeri („Karma” Albania) i przede wszystkim Elenę Tsagrinou („El Diablo” Cypr). Jest kilka typowych zapchajdziur, czasem szybkich, czasem wolnych, skrojonych na wyciskacze łez, a w rzeczywistości nużących, ale nie chcę się nad nimi pastwić. Są piosenki różne, które zapełniają tło, ale przyjemnie się ich słucha. W tej kategorii króluje u mnie Estonia i Uku Suviste z „The Lucky One”, choć ten utwór niestety nie przeszedł dalej. Zwróciłam jednak na niego uwagę i bardzo przyjemnie mi się go słucha. Myślę, że radio mogłoby go polubić. Z czasem polubiłam też szwedzkie „Voices” w wykonaniu Tusse, greckie „Last Dance” Stefanii i bułgarskie „Growing up is getting old” Victorii.
Wreszcie są też perełki – czyli piosenki, które są inne od wszystkiego, i tą innością kradną serca takich osób, jak ja. Daði og Gagnamagnið, który przynajmniej w moim mniemaniu, był niepisanym zwycięzcą i sensacją zeszłorocznej Eurowizji, która się nie odbyła, już na wejściu zebrał gromkie brawa, co tylko świadczy o tym, jaką przez ostatni rok zyskał popularność i sympatię. Występ oczywiście był z jajem, choć piosenka wydaje się być słabsza od zeszłorocznej propozycji, i przede wszystkim nie jest już takim zaskoczeniem.
Lepszą i bardziej chwytliwą piosenkę niż zeszłoroczna moim zdaniem zaprezentował litewski The Roop. To jedna z dwóch piosenek, które poznałam nie wiedząc, że jadą na Eurowizję. Klimat Scissors Sisters, żółte stroje, charakterystyczny taniec i ten cudowny pulsujący motyw zdecydowanie zapada w pamięć. Ten utwór na pewno ze mną zostanie.
Oczywiście nie mogę nie wspomnieć też o Hooverphonic, jednym z tych zespołów, których słucham od lat i którego udział w Eurowizji chyba dla wszystkich był niemałym zaskoczeniem. Chociaż „The Wrong Place” na pewno nie należy do najlepszych utworów Alexa Calliera i spółki, to zyskuje z każdym przesłuchaniem („Don’t you ever dare to wear my Johnny Cash t-shirt” ;-)), a skromna, „czarna” oprawa wizualna sprawia, że występ zdecydowanie się wyróżnia.
Wśród utworów wolnych i spokojnych wygrywa u mnie Szwajcaria i Gjon’s Tears w piosence „Tout l’Univers”, która jest po prostu piękna. Kolorystyką (a raczej jej brakiem) przypomina Hooverphonic, ale jest zdecydowanie bardziej „aktorska”. Totalnie mnie to zaczarowało, zarówno muzycznie, jak i wizualnie. I przede wszystkim wokalnie – absolutnie bezbłędnie.
Jednak moim absolutnym faworytem od samego początku jest Ukraina. Już w styczniu, kiedy po raz pierwszy usłyszałam Szum, zrobił na mnie duże wrażenie, choć wówczas nie miałam pojęcia, że to eurowizyjny kandydat. Piosenka bardzo na czasie, zilustrowana apokaliptycznym, pandemicznym klipem totalnie mnie wciągnęła i zapętliła mi się w głowie. Drugi klip nie jest już tak dobry i ma nieco inny klimat. Połączenie ukraińskiego, bardzo ludowego sposobu śpiewania z mocnym bitem i bardzo nowoczesną produkcją to totalna miazga. To zdecydowanie królowa perełek.

A jak na tle tego wszystkiego wypadła Polska? Jedni mówili: Rafał Brzozowski jest beznadziejny, a piosenka, którą wykonuje brzmi o wiele lepiej w wykonaniu Clary Rubensson, która go współtworzyła, ale i tak piosenka jest słaba. Inni na to: Rafał jest dobrym wokalistą, ale to nie jest piosenka dla niego, a poza tym jest słaba. Mam wrażenie, że niewielu osobom piosenka się podobała, a mi o dziwo weszła całkiem gładko. Myślę, że utwór doskonale wpasował się w klimat obecnej Eurowizji i przy odpowiedniej promocji mógłby nawet zamieszać w radiu czy Internecie. Fajnie wyprodukowany, nawiązujący do lat 80., z wpadającą w ucho linią melodyczną. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że „The Ride” całkiem mi się podoba. Tyle że mówię o piosence, nie zaś o wykonaniu. Rafał Brzozowski wypadł w niej totalnie blado. Jest wręcz przezroczysty. Taki papierowy człowiek, ktoś, kto mógłby zawodowo zajmować się śpiewaniem demówek utworów, które następnie ktoś kupi i zaśpiewa we właściwy sposób. I jakoś nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że podczas jego występu oglądam nie Eurowizję, a jakiś festiwal TVP1. Nagle momentalnie wkroczyła jedynkowa przaśność, choć niby wszystko było poprawnie. Nie wiem, może jednak jestem uprzedzona. Gdyby jednak ten utwór wzięła na warsztat Alicja Szemplińska, która miała reprezentować Polskę rok temu, i zaśpiewała go swoim niesamowitym, głębokim głosem, mogło by z tego wyjść coś naprawdę zadziwiająco oryginalnego.

Miałam trochę nadzieję, że te finałowe wykonania będą się odrobinę różniły od wykonów na półfinałach, ale niestety nie. A szkoda. Ja bym zmieniła chociażby, nie wiem, biżuterię, albo fryzurę i trochę inaczej sfilmowała występ. Minimalne zmiany, które jednak dały by znać, że ogląda się finał. To jednak tylko moje życzenia. W rzeczywistości obejrzałam powtórki tego, co widziałam już wcześniej i chyba tyko wprawni widzowie potrafią dostrzec różnicę między występami z półfinałów a finałem. Myślałam, że może uda mi się zamieścić relację na żywo z finału, ale niestety, nie wyrobiłam się czasowo. Na gorąco opisałam jednak wrażenia z oglądania każdego z występów.

1. Cypr – Elena Tsagrinou – „El Diablo”
Konkurs otwiera „El Diablo” czyli satanistyczna pieśń z Cypru. Mam wrażenie, że wokalnie trochę gorzej niż w półfinale, ale choreografia bez zarzutu. Jak dla mnie to najlepiej wytańczony utwór tego festiwalu (mostek ;-)) Internet aż kipi od wynajdywania kolejnych podobieństw tej piosenki i klipu do innych znanych utworów, i fakt, moje pierwsze skojarzenie to też Lady Gaga. Gdyby to zaśpiewała Gaga to pewnie byłby hit. Elena nie ma się co z nią równać, ale wypada na tyle spoko, że jakoś mi nie przeszkadzają te zrzynki od bardziej znanych koleżanek. Miało być przebojowo i było.

2. Albania: Anxhela Peristeri – „Karma”
Zdziwiłam się, że ten utwór przeszedł dalej i nadal się dziwię. Ani nie jest specjalnie przebojowy, ani fantastycznie wyprodukowany. Na pewno jest dobrze zaśpiewany, ale mnie jednak nudzi.

3. Izrael: Eden Alene – „Set me free”
Przyjemny, taneczny kawałek. Nie za szybki, nie za wolny, nie za przebojowy, ale całkiem wpadający w ucho. Taki nieszkodliwy. Za to wysokie rejestry Eden Alene godne podziwu.

4. Belgia: Hooverphonic – „The Wrong Place”
Ciemna oprawa i skupienie na Geike i jej „rozgwieżdżonej” sukience. Może i Hooverphonic ma w swej dyskografii lepsze utwory, ale zeszłoroczne „Release me” nie umywa się do „The Wrong Place”. Było słodko-gorzko, czyli tak, jak u nich lubię. Były dreszcze.

5. Rosja: Manizha – „Russian Woman”
Niełatwy utwór. Jest tu i melorecytacja, i trochę hip hopu, i bit, i typowo folkowy refren, i język angielski, i rosyjski. Generalnie dzieje się, ale dzięki temu to bardzo ciekawy utwór. Do tego tekst o rosyjskich kobietach (choć myślę, że nie tylko), który w rodzimym kraju wywołał ponoć kontrowersje. I energetyczny występ, bardzo na czasie. Jeden z fajniejszym momentów. Myślę, że Minzha ma tyle do zaproponowania, że warto ją obserwować.

6. Malta: Destiny – „Je Me Casse”
Ponoć jeden z faworytów bukmacherów, nie do końca wiem czemu. Electro-swing z bardzo dobrym, mięsistym, czarnym wokalem. Może być wakacyjnym przebojem, ale nie musi. Głos Destiny jest zdecydowanie najlepszym elementem tego utworu.

7. Portugalia: The Black Mamba – „Love Is On My Side”
Przysięgam, że myślałam, że ten utwór śpiewa kobieta. Dopiero podczas półfinału dowiedziałam się, że jest inaczej. „Love is on my side” to jeden z tych „innych” utworów podczas tegorocznego koncertu. Wyróżnia się również oprawa wizualna, ponieważ na początku obraz jest czarno-biały. Dopiero po pierwszym refrenie wchodzą kolory. Ciekawy zabieg, choć nie wiem czy nie wolałabym, żeby jednak tych kolorów w ogóle nie było. Sam utwór jest miły, kołyszący, taki przytulaniec podczas wakacyjnej potańcówki pod gołym niebem.

8. Serbia: Hurricane – „Loco loco”
Świetny początek. Serbski huragan ma postać trzech roztańczonych i roznegliżowanych dziewczyn, które wyglądają na zaprzyjaźnione z zabiegami medycyny estetycznej (choć wszystkie są przed 30-tką). Ale przy tym wokalnie wypadają bardzo dobrze – ich mocnym i głębokim wokalom nie szkodzi ani występ na żywo, ani spora dawka ruchu. Highly entertaining. Moje serce skradł tekst „bejbe bejbe bejbe czemu drama, tylko to „loco loco” brzmi jakoś mało po serbsku 😉

9. Wielka Brytania: James Newman – „Embers”
Przyjemny, taneczny, radiowy kawałek. I tyle.

10. Grecja: Stefania – „Last Dance”
18-latka, która chce pokazać, że jest już kobietą – takie miałam od razu skojarzenia, gdy zobaczyłam Stefanię. Twarzyczka nastolatki i kostium kocicy. Wolałabym ją w wersji nastoletniej, no ale cóż. Początek słaby i niepewny, ale im śpiewa wyżej i głośniej, tym jest lepsza, więc w refrenach jest świetna, a w zwrotce zdecydowanie brzmi gorzej. Utwór zaś trochę lepszy niż przeciętny. Taneczny, trochę nawiązujący do lat 80-tych. Przy odpowiedniej promocji mógłby być hitem.

11. Szwajcaria: Gjon’s Tears – „Tout l’Univers”
Dramatyczny utwór i dramatyczny występ, a przy tym przepiękny i doskonale zaśpiewany. Cudowna pieśń, która wspaniale się rozwija i chwyta za serce. Mam ochotę słuchać i słuchać. Moja ścisła czołówka.

12. Islandia: Daði og Gagnamagnið – „10 Years”
Pech chciał, że covid wyeliminował Dadiego i jego zespół z występu na żywo – zarówno podczas finału, jak i półfinału odtworzono nagrany występ z próby. Szkoda, ale i tak było fajnie i jajem. Można zrobić inne synchrony niż wszyscy? Można. Można świetnie wyglądać nie będąc modelem? Można. Jednak samo „10 Years”, choć przyjemne, nie ma tej siły rażenia co zeszłoroczna propozycja, „Think about Things”

13. Hiszpania: Blas Cantó – „Voy A Quedarme”
Typowy festiwalowy kawałek, czyli taki, który nie wzbudza mojego entuzjazmu. A te wysokie tony brzmiały wręcz groteskowo.

14. Mołdawia: Natalia Gordienko – „Sugar”
Ten szeptany, zmysłowy wokal, nie służy Natalii, ale na szczęście gdy śpiewa pełnym głosem, brzmi już znacznie lepiej. Choć i tak najlepszym momentem tej piosenki jest ten fragment, gdy wchodzi bit, a Natalia milknie. Mam nadzieję, że nie brzmi to zbyt złośliwie, bo wcale nie taki był mój zamiar. W rzeczywistości ta piosenka całkiem mi się podoba, a ze wszystkich występów „lasek” ten jest najbardziej wdzięczny i faktycznie, słodki. Nie mogę jednak zapomnieć zeszłorocznej propozycji Natalii – utworu zupełnie innego, ale bardziej działającego na moje emocje, dramatycznego „Prison” („I don’t wanna be with you, I don’t wanna be without you”).

15. Niemcy: Jendrik – „I don’t feel hate”
Może i to bardzo przyjemny, wpadający w ucho i wesoły kawałek, ale… nie. Postrzegam tę piosenkę raczej w kategorii żartu niż prawdziwej piosenki, ale Niemcy lubią tak się prezentować. Jeśli my mamy disco polo, to oni mają takie przaśne… właśnie to.

16. Finlandia: Blind Channel – „Dark Side”
A ponoć nu metal umarł 😉 Choć wg samego zespołu (przynajmniej zgodnie z tym, co powiedzieli prezenterzy Jedynki) to „brutalny pop”. I fakt, popu w tym całkiem sporo, a przy tym są gitary, perkusja i wykrzyczane zwrotki. A w tle taki ładny delikatny motywik – ukłon w stronę Linkin Park. Czad i ogień (dosłownie). Fajny utwór, taki podczas którego potrząsam głową. Podoba mi się.

17. Bułgaria: Victoria – „Growing up is getting old”
Ciekawy tytuł, niestety bardzo prawdziwy. Piosenka bułgarskiej Billie Eilish zyskuje z każdym przesłuchaniem. Jest śliczna, ładnie się rozwija i chwyta za serce. Również w mojej czołówce.

18. Litwa: The Roop – „Discoteque”
Utwór, który mnie zaskoczył – bardzo pozytywnie. Najpierw wysłuchałam, a potem dowiedziałam się, że to eurowizyjny kandydat. Takie litewskie Scissor Sisters w warstwie rytmicznej – takie było moje pierwsze skojarzenie. Ale to co się dzieje w refrenie, ten pulsujący bas – och!!! Moje elektroniczne serce się raduje. Mam ochotę tańczyć! To jeden z moich utworów roku.

19. Ukraina: Go_A – „Shum”
Ale jeszcze wyżej w moim osobistym rankingu jest Ukraina. Ok, jest najwyżej. Kocham ten utwór od pierwszego przesłuchania. Zeszłoroczny „Solovey” był doskonały, ale „Shum” to sztos! Zespół zrezygnował z covidowej stylizacji z pierwszego klipu (swoją drogą doskonałego) i postawił na nie mniej wspaniałą stylizację, nawiązującą do tekstu utworu i budzenia wiosny szumem. Kateryna w zielonym futrze i czarnej, obcisłej sukni, przypomina drzewo. Cudowny, szalony, porywający występ. Nowoczesność połączona z pierwotną dzikością. I ten jej wzrok. Och!!!

20. Francja: Barbara Pravi – „Voilà”
Bardzo ambitny utwór. Trudny, wymagający i doskonale wykonany. Nie w moim guście, ale doceniam.

21. Azerbejdżan: Efendi – „Mata Hari”
Efendi wymieniła zeszłoroczną „Cleopatrę” na „Matę Hari”, która ma większą siłę rażenia. Najlepszym i najbardziej nośnym fragmentem jest znów (jak w wielu piosenkach) motyw muzyczny, w tym przypadku bardzo orientalny. A mid bridge prawdziwie ognisty i bardzo mocny. Nawet na mnie zrobił wrażenie.

22. Norwegia: Tix – „Fallen Angel”
Gdy słuchałam tego utworu, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że to nie jest na serio. Ostatecznie ten kawałek brzmi jak utwór jakiegoś boysbandu z lat 90. Gdy zobaczyłam występ na żywo – pana, który zdecydowanie nie jest boysbandowym amantem i który nosi okulary przez tiki spowodowane zespołem Tourett’a, ubranego w białe futro, do którego przymocowano ogromne skrzydła, stojącego w oparach scenicznego dymu, przypominającego chmury… Nie, to nie mogło być na serio 😉 Kiczowate, ale zadziwiająco przyjemne.

23. Holandia: Jeangu Macrooy – „Birth of a New Age”
Jakimś cudem nie słyszałam wcześniej tego utworu. Czemu nie było go na eurowizyjnych playlistach? No chyba, że był, ale wydał mi się tak nijaki, że go nie zapamiętałam. W sumie nie wiem co więcej mogę powiedzieć. Niby nie jest zły, ale nie wiem czemu powstał.

24. Włochy: Måneskin – „Zitti E Buoni”
Drugi, obok Finlandii, mocny, gitarowy występ. Po całkiem fajnej zwrotce nie następuje jednak fajny refren, i to moim zdaniem kładzie przebojowość tego utwór. Nie dla mnie ci on, ale miłośnicy gatunku mogą się czuć usatysfakcjonowani. Natomiast od samego zespołu, poprzebieranego na glam rockową modłę, bije jakaś dziwna autentyczność. Wierzę, że idą pod prąd i robią tylko to, na co mają ochotę.

25. Szwecja: Tusse – „Voices”
Radiowy pop, jaki w obecnych czasach jest obecny w mediach. Dobrze skrojona piosenka, dobrze się rozwija i dobrze się jej słucha, a i pośpiewać można. Taki utwór, przy którym można zrywać z piersi koszulę. I chociaż są miliony podobnych piosenek, to ta mi się podoba. Tu z kolei tuż przed refrenem słyszę fascynację The Weeknd.

26. San Marino: Senhit – „Adrenalina”
Piosenka spoko, ale muszę przyznać, że po występie na półfinale bardzo zyskała w moich oczach. Fajny, energetyczny występ z orientalnymi motywami. Nie wiem co te motywy mają do San Marino, ale pewnie się nie znam. Mocny, dancehallowy bit i chwytliwy, choć niesłodki refren. Moim zdaniem to mógłby być wakacyjny hit. Najwyraźniej zdaniem polskiego jury (ktokolwiek je tworzy) również, bo to właśnie ta piosenka otrzymała od Polski maksymalną ilość punktów. Niezbadane są wyroki fachowców…

Może to wiek, a może wszystko specjalnie zrobione jest tak, by było szybko i sprawnie, ale prezentacja konkursowych piosenek w finale minęła mi bardzo szybko. Teraz wypada pochylić się jeszcze nad systemem głosowania, który uległ znacznej zmianie od czasów, kiedy śledziłam festiwal. Zrezygnowano z długaśnego i nudnego wyczytywania punktów, które poszczególne kraje przyznają uczestnikom i obecnie każdy kraj wyczytuje tylko tę piosenkę, której jury przyznało maksymalną liczbę punktów, czyli 12. Pozostałe punkty są dodawane i pokazują się na ekranie w trakcie „small talku” z przedstawicielem danego państwa. Ten zabieg bardzo usprawnił cały proces. Zupełną nowością była dla mnie natomiast prezentacja punktów od publiczności. Te zostały wszystkie wrzucone do jednego worka, więc nie było wiadomo jaki kraj jak głosował. Prezentacja zaś wyglądała tak, że kandydatom, ustawionym od tego, który uzyskał od fachowego jury najmniej punktów, do tego, który uzyskał najwięcej, odczytywano po kolei ile punktów otrzymali od międzynarodowej publiczności. I tym razem to już nie było maksymalnie 12 punktów, ale punkty szły w setkach (choć nie zawsze ;-)). Dlatego też prowadzący mówili, że te głosy mogą wszystko zmienić i faktycznie tak się też stało. Szwajcaria w głosowaniu jury szła łeb w łeb z Francją, ale ostatecznie obie francuskojęzyczne piosenki musiały się obejść smakiem, ponieważ głosy publiczności zdecydowały o wygranej… Włoch. Wcześniej Włochy nie były w ścisłej czołówce, ale wszystko zmieniło się po ogłoszeniu wyników głosowania telewidzów. Ten system i to odczytywanie punktów wydało mi się jednak trochę okrutne. Jeśli chodzi o głosy jury, dowiadujemy się tylko o tych piosenkach, które je otrzymały. Więc jeśli jury komuś nie przyznało punktów to po prostu nie jest wyczytywany. W przypadku głosów publiczności każdy wykonawca po kolei dowiaduje się ile głosów dała mu publika i czy w ogóle coś mu dała. Usłyszeć, że od publiczności dostało się 0 punktów, musi boleć. To przydarzyło się m.in. Wielkiej Brytanii, która zakończyła konkurs z okrągłym zerem, oraz zwycięzcy ostatniej Eurowizji, Holandii. No cóż, raz na wozie, raz pod wozem.
Ostatecznie tegoroczną edycję Eurowizji uważam za zaskakująco udaną. Nie wiem, może dawno nie słuchałam komercyjnego popu, a może w gruncie rzeczy to było całkiem niezłe show. Podobało mi się
na tyle, że za rok również chcę zasiąść do oglądania i robić to w pełni świadomie, bo obecne czasy dają mi taką możliwość. A przynajmniej teraz chcę, bo co to będzie za rok, tego nikt nie wie.