
Jutro premiera singla, na wieść o którym aż podskoczyłam z radości. Jeden z moich ulubionych zespołów ostatnich lat – Scooter – zaprosił do współpracy wykonawcę, który porwał mnie do tańca (przynajmniej na chwilę) w czasie pandemii – FiNCHa ASOZiALa. W pierwszy piątkowy wieczór mojego home office’u, gdy inni ludzie zamknięci przymusowo w czterech ścianach sprzątali mieszkania, porządkowali ciuchy w szafach i rozmrażali lodówki, ja pracowałam i potrzebowałam czegoś, co doda mi energii. Doskonałym niewymagającym i wesołym energetykiem jest dla mnie Scooter, więc odpaliłam Scooterowe radio na Spotify. I w ten oto sposób dokonałam mojego pierwszego spotyfajowego odkrycia.
FiNCH (a właściwie Nils Wehowsky) urodził się jeszcze w NRD, choć NRD pamiętać nie może, gdyż zjednoczenie Niemiec nastąpiło zaledwie kilka miesięcy później. Najwyraźniej jednak fascynują go tamte czasy, bo wygląda jak chłopak ze wschodnich Niemiec z przełomu lat 80 i 90 – plereza na głowie, rzadki wąsik pod nosem i ortalionowy dres. Bez trudu mogę go sobie wyobrazić jako sprzedawcę pirackich kaset na Stadionie Dziesięciolecia. Do tego tęskni również (podobnie jak ja) za muzyką swojego dzieciństwa, więc postanowił przenieść się w czasie za pomocą muzyki.
Kiedyś powiedziałabym, że muzyka, jaką wykonuje, jest prymitywna i tandetna, a dziś mówię – tak głupia, że aż fajna. Potrzebuję czegoś wesołego i niewymagającego myślenia, czegoś, co po prostu sprawi, że się uśmiechnę. I taka właśnie jest tegoroczna płyta FiNCHA – „Finchi’s Love Tape”. Podbiła moje serce przede wszystkim licznymi nawiązaniami do lat 90-tych. Jest tu trochę tanecznego rapu, który spokojnie mógłby hulać na antenie Vivy, są odwołania do rave’u, ukłon w stronę Masterboy’a (choć może ktoś inny usłyszy tam innego najntisowego wykonawcę) i przede wszystkim hołd dla wczesnego Scootera w utworze „Scootermann”, w którego końcówce słychać samego H.P.Baxxtera (dlatego tak się cieszę na wspólny singiel). No i ten wszechobecny eruodance’owy klimat. Nie wiem czy ta płyta podbiłaby moje serce w latach 90-tych (myślę, że jednak nie, bo wtedy była cała masa lepszej i bardziej porywającej muzyki i wówczas uznałabym „Finchi’s Love Tape” za płytę nieco zbyt wesołą), ale teraz, gdy eurodance’u już nie ma, bardzo mocno do mnie przemawia. Uderza w moją czułą strunę i przywołuje tęsknotę za czasami, gdy chłonęłam muzykę jak gąbka. Naprawdę jestem pod wrażeniem jak zgrabnie można zrobić dziś eurodance, który brzmi jak za czasów mojej młodości. Te rapowane zwrotki, kobiece refreny, i słodkie, wysokie wokale w kawałkach stylizowanych na happy hardcore – FiNCH wie i rozumie, o co w tym chodzi. „Roy Calyptus” to dla mnie przewspaniały hołd dla tamtych czasów, a „Ich will einen Mann” to murowany letni przebój, który w 1996 roku mógłby zagrozić samemu „Coco Jamboo”. Ta płyta, momentami tak cudownie naiwna, sprawia, że czuję po prostu dziecięcą radość, a w głowie słyszę tylko: „Who’s your daddy? Who’s your daddy?”.


