Muzyczne podsumowanie 2019

Taki to był rok, ten 2019, że aż wstyd robić podsumowanie. Dlatego robię je dopiero w maju. Zaczęłam dużo wcześniej, ale jakoś nie mogłam skończyć, zresztą tak naprawdę nie miałam za bardzo o czym pisać. Muszę jednak postawić sobie wyraźną granicę między 2019 a 2020 rokiem, bo czuję, że bez podsumowania nie jestem w stanie zacząć niczego nowego.

Powtarzam to co roku, ale jestem żywym potwierdzeniem teorii, że im człowiek starszy, tym chętniej wraca do tego, co już dobrze zna, a to, co nowe, nie robi już na nim wrażenia i rzadko kiedy potrafi wywołać jakieś większe emocje. W tłumie nowych wykonawców i nowych utworów większość zlewa mi się w jedno i ciężko jest mi wyłuskać coś naprawdę chwytającego za serce. Ponadto mam coraz mniej czasu. Dlatego w tym roku nie będzie rozgraniczenia na Albumy i Utwory, bo naprawdę nie byłoby czego opisywać. Tegoroczny zwycięzca – zwycięzca wszystkiego – może być tylko jeden. To on całkowicie zdominował cały mój miniony rok, zarówno dzięki nowej płycie, jak i starym nagraniom. Mowa oczywiście o Rammsteinie.

„Rammstein” był najczęściej słuchaną przeze mnie płytą w całym 2019 roku – od początku do końca. I chyba pierwszą płytą zespołu, którą tak całościowo polubiłam. Ma w sobie odpowiednią moc i odpowiednią dawkę przebojowości, a te idealnie wyważone proporcje sprawiły, że słuchając jej nie opuszczam ani jednego utworu. Mam świadomość, że może jest to w pewnym sensie płyta ugładzona i wykalkulowana tak, żeby się podobała, ale i tak dałam się złapać. Do tego długi okres posuchy zrobił swoje.

Najczęściej słuchanym przeze mnie utworem w zeszłym roku było zatem „Deutschland”. Codziennie rano, niemal od dnia premiery, idziemy razem do pracy. Ten stan trwał niemal rok, do wybuchu pandemii. To moja poranna kawa, zastrzyk energii i sygnał do mobilizacji psychicznej i fizycznej. Mój hymn.

Nie mniej jednak z wielką przyjemnością słuchałam również „Auslandera”, „Radio” i niesinglowego „Tattoo”.
https://www.youtube.com/watch?v=RKCNMYkuay8


Rammstein obudził we mnie tęsknotę za czasami imprez spod znaku synth / dark / electro, więc nie ma się co dziwić, że moją płytą numer dwa w minionym roku było nowe wydawnictwo Combichrista – „One Fire”. Może i jest to płyta trochę nierówna i chwilami dla mnie za mocna (czytaj zbyt gitarowa), ale zawiera kilka naprawdę hitowym momentów i ciekawych kawałków, z których wybija się „California uber alles” i zdecydowanie najbardziej melodyjny „Bottle of Pain”. Mi najbardziej przypadł do gustu klasyczny „Hate like me” z hiper mocnym bitem, motoryczne „Lobotomy” i „Last Days Under the Sun” oraz porywający „Understand”.


Idąc dalej tym tropem trafiłam na nowe Hocico. Oj, dawno nie słuchałam Meksykanów. „Artificial Extinction” oraz „Rextinction” przynoszą solidną dawkę dobrze znanej mrocznej elektroniki. Może nie ma tu godnych następców szlagierów pokroju „Forgotten Tears”, „Unthold Blasphemies”, „Spirals of Time” czy „Spirits of Crime”, ale jest klimat. Dla kogoś, kto bardzo dawno nie słuchał takiej muzyki, to całkiem miły powrót. I nawet chętnie bym poskakała do takiego „Shut me down!”.


Na mojej zeszłorocznej playliście znalazło się jednak także kilka rzeczy z innego nurtu, niż dark electro. Przede wszystkim należy tu wspomnieć o Billie Eilish, która wydała znakomitą debiutancką płytę, zgarniając wszystkie możliwe nagrody. „When we all fall asleep, where do we go” tworzy własny mikrokosmos – ma swój niepowtarzalny klimat, całość jest niezwykle spójna i konsekwentna, i brzmi po prostu orzeźwiająco. Do tego wszystkiego nie sposób nie zakochać się w głosie Billie i sposobie, w jaki go używa. Delikatnie, niemal szepcząc. Chyba nawet bardziej zachwycił mnie właśnie ten głos, niż utwory. Zestawienie w gruncie rzeczy spokojnych utworów i subtelnego wokalu z mrocznym, wibrującym basem daje bardzo interesujący efekt.


Z gatunku „muzyki do spania”, jakbym ją kiedyś nazwała, w moich słuchawkach królowała druga płyta RY X – „Unfurl”. Starość ma to do siebie, że jak już człowiek nawet pozna jakąś nową muzykę, to niekoniecznie starcza mu sił/czasu/chęci na poznanie wykonawcy. Dlatego ja z ręką na sercu przyznaję, że nie wiem kim jest RY X. Wiem jedynie, że to pan, który czaruje delikatną, nienachalną, spokojną elektroniką. Trafiłam na niego dzięki Chillizet i sięgając w końcu po płytę byłam zdziwiona, że znam tyle utworów. Lubię takie dźwięki- łagodne i kojące, płynące i przestrzenne, melodyjne, ale nie wkręcające się w mózg. Bardzo doceniam w ostatnich latach muzykę, która nie męczy, a pozwala się odprężyć. To doskonała płyta na wieczór. Ale i bardzo dobra, gdy trzeba zebrać myśli.


Myśli zbierałam również przy muzyce Ten Walls. Umieszczenie w tym zestawieniu kompilacji „Queen (extended)” jest z mojej strony sporym naciągnięciem faktów, bo po pierwsze materiał źródłowy ukazał się w 2017 roku, a po drugie serwis Discogs podaje, że winyl „Queen (extended)” ujrzał światło dzienne w styczniu 2018 roku. Wygląda jednak na to, że w serwisach streamingowych pojawił się dopiero w 2019 roku i przez cały czas żyłam w przeświadczeniu, że to właśnie ten rok jest rokiem, w którym zadebiutował prezentowany materiał. Właśnie dlatego oraz dlatego, że tak mi przypadł do gustu, postanowiłam, że nie mogę go pominąć. W ostatnich latach zapałałam miłością do minimalistycznej, delikatnej elektroniki z bitem, a odpowiedzią na moje potrzeby są gatunki muzyczne ze słowem „deep” w nazwie. Ten Walls wpisuje się zatem idealnie w moje gusta. Jest troszkę melodii, trochę bitu i masę ciekawych, nienatarczywych dźwięków. Można się przy tym i skupiać, i potupać nogą.


Mój apetyt na więcej melodii, więcej bitu i więcej przebojowości zaspokoiła nowa płyta zapomnianego niemal przeze mnie The Faint – „Egowerk”. Nie mogę sobie przypomnieć czego z przeszłości dokładnie słuchałam (to był jakiś 2008 rok), ale pamiętam, że było tam trochę trzeszczącej elektroniki w otoczeniu gitar i czasem jakichś dyskotekowych rytmów z punkowym zadziorem. „Egowerk” niby nie zmienia tego stylu, ale jest dla mnie najbardziej melodyjnym albumem zespołu, a co za tym idzie najbardziej przystępnym. Więcej tu synthpopu niż punku, co nie oznacza, że zadzior całkowicie zniknął. Po prostu trochę się ugładził, co akurat dla mnie stanowi zaletę.


Jeśli jesteśmy w temacie przebojowości to nie sposób nie wspomnieć o Mery Spolsky. „Dekalog spolsky” to zdecydowanie inna płyta od debiutu – od elektroniki jest tu aż gęsto, a Mery coraz śmielej poczyna sobie z rapową stylistyką. Jest i dyskotekowo – w najróżniejszych odmianach, i eksperymentalnie, i mocniej, i delikatniej. I do tego TE teksty. Czapki z głów panie i panowie. Mery potrafi dobierać zwyczajne słowa i zestawiać je w niezwyczajny sposób, tworząc w ten sposób swoje własne związki frazeologiczne i powiedzonka. Nie zapominaja przy tym o rytmice i o rymach. Nie ma tu drogi na skróty ani żadnych kompromisów. Każde słowo idealnie pasuje, każde niesie ze sobą konkretną treść. Wszystko jest zgrabne, ładne, finezyjne, czasem dowcipne, a czasem kąśliwe. Czy Mery śpiewa, czy recytuje (a robi to naprawdę genialnie), słucha się tego wyśmienicie. „Dekalog spolsky” to płyta-koncept. Zamknięta całość. Kolejny mikrokosmos.


Na przeciwległym biegunie, tym bardziej gitarowym, mamy z kolei White Lies. „Five” to płyta ani zła, ani dobra. Taka pomiędzy. Nie ma tu hitów (no może poza nieśmiało pretendującym do tego miana „Tokyo”), nic mnie specjalnie nie porwało, ani nie poruszyło. Właściwie to jest dość letnio, w dodatku jakoś tak powolnie i długo się rozkręca – dopiero w drugiej połowie płyta robi się mocniejsza i ciekawsza. Może właśnie dlatego, po nieco nudnym początku ostatecznie pozostawia po sobie dobre wrażenie. Mimo wszystkich swoich wad „Five” po prostu przyjemnie mi się słuchało, choć nie mogę powiedzieć żebym słuchała specjalnie dużo. Ale jak już słuchałam to od początku, do końca. Nie zapisze się ta płyta w mojej pamięci tak, jak debiut czy „Big TV” i pewnie za chwilę o niej zapomnę, ale podeszłam do niej bez żadnych oczekiwań, więc przynajmniej się nie rozczarowałam.


Moje zestawienie zamyka płyta, której podobnie jak White Lies nie słuchałam zbyt wiele i w tym przypadku muszę powiedzieć, że żałuję. „Lost girls” Bat for Lashes znacznie bardziej przypadło mi do gustu, niż jej poprzedni krążek. Natasha Khan tym razem uderzyła w nostalgiczne, ejtisowe klimaty i ładnie jej to wyszło. Tęskne, rozmarzone melodie poruszają we mnie odpowiednią strunę. Znów jest ciekawie, znowu mam ochotę zagłębiać się w te dźwięki i melodie. Jest w „Lost girls” zagubiona przebojowość „Two suns” i to właśnie lubię. Sama nie wiem czemu nie słuchałam tej płyty częściej.

Do płyt dorzucę samotnie dwa utwory, które często odtwarzała w głowie moja pamięć. Żadnego z nich nie słuchałam więcej niż kilka razy, a jednak zamieszkały we mnie na dobre i bardzo często leciały w moim wewnętrznym radio.

Pierwszy z nich to skromna i wolna folkowa kompozycja w wykonaniu Marilyna Mansona – „God’s gonna cut you down”. Bardzo to melodyjny i ładny, choć gorzki utwór, w którym Manson robi ukłon w stronę muzyki country. Może i nie ma tu wielkiej finezji, ani niczego odkrywczego w brzmieniu (w sumie większość wykonań brzmi od strony muzycznej niemal tak samo), ale krzywdy temu utworowi nie robi, a jego niski wokal przyprawia o dreszcze. Przyznaję, że nie znałam piosenki wcześniej, a w wykonaniu Mansona naprawdę bardzo mi się podoba.


Drugi ze wspomnianych utworów to „Hit me” Conchity Wurst. Obejrzałam klip i wpadłam. Te kocie ruchy, ta gracja – wow. Chce się na to patrzeć i aż chce się naśladować, choć wiadomo, że ciężko powtórzyć. I do tego to męskie oblicze (tak, Conchita zdjęła perukę). Męskie, a jednak poruszające się jak kobieta. Wściekłe i dumne jednocześnie. I wreszcie utwór, o który nie podejrzewałabym pamiętnego brodatego zwycięzcę Eurowizji z 2014 roku. Choć z drugiej strony nic nie wiem o jego twórczości. Tak czy siak zaskoczył mnie nim – nowoczesnym, tanecznym i melodyjnym kawałkiem o tekście, który jeszcze długo po wysłuchaniu nie może wyjść z głowy.