Od kilkunastu dni utwór ten czaił się gdzieś obok. Był na zaprzyjaźnionym blogu, potem w radiu (nie polskim oczywiście). Aż trafiło. Niemal godzina spędzona przed teledyskiem, poszukiwania jakichkolwiek informacji o autorach. Niewiele tego jest, co tylko dobrze świadczy o zespole, bo już na starcie potrafią zadbać o odpowiedni entourage.
Jest ich dwóch: Theo Hutchcraft (wokal) i Adam Anderson (elektronika, gitara). Pochodzą z Manchesteru. Grali w zespołach Bureau i Daggers, supportowali Gary’ego Numana, współpracowali z Richardem X. I brzmią jakby późny Ultravox spotkał się z Tears For Fears i Talk Talk. Choć nienawidzimy takich porównań, to tym razem wypada ono na korzyść HURTS.
W warstwie dźwiękowej „Wonderful life” dużo się dzieje, a jednocześnie utwór pozostaje dość surowy, łagodnie szorstki i letnio zimny. Smutny, ponury i piękny zarazem. Refren zaś wchodzi do głowy i nie chce wyjść. Niebanalny, niewymuszony, prosty, nieprzekombinowany. I mimo brzmienia rodem z lat 80tych, przedziwnie świeży. Wymyślony i zaśpiewany jakby od niechcenia. A druga zwrotka, gdy pojawia się kilka instrumentów, to poezja dla ucha. Ta prostota i surowość są właśnie siłą tej piosenki, która wbija się do głowy i uzależnia na długo. Coś pięknego, tajemniczego, bolesnego. I kontrastujący z całą tą posępnością tekst: „Don’t let go, never give up, it’s such a wonderful life”. Majstersztyk.
Do tego teledysk: czarno-biały, prosty, niezwykle sugestywny, i mówiący dużo o zespole – oni mają do siebie olbrzymi dystans, co sprawia, że są jeszcze ciekawsi. Nie stroją żadnych min, nie przybierają żadnych póz, po prostu są. Zero fajerwerków, zero pozerstwa. Jedyną przeciwwagą jest dla nich tancerka, która niczym Milena Nosowskiej tańczy do tylko sobie znanej melodii. Ktoś o nich ładnie napisał: „wyglądają jakby zostali wystylizowani przez Helmuta Newtona, wyreżyserowani przez Antona Corbijna i wyprodukowani przez Trevora Horna.”
HURTS potrafią tworzyć klimat, jakiego z czasem na scenie muzycznej zabrakło. To nic, że są tacy oldschoolowi, przecież najlepiej sprzedaje się to, co w jakimś stopniu jest znane, a oni nikogo nie naśladują, nie kopiują, brzmią po prostu jakby żywcem zostali wyrwani z roku 1987, jakby przybyli do nas z misją. A smutek, który płynie z „Wonderful life” tylko dopełnia obrazu tego, czego brakowało ostatnimi czasy, a co jest nadzieją na rok 2010.
PS. No i kto w dzisiejszych czasach umieszcza w sieci zapis nutowy piosenki, zamiast niej samej, no kto?
https://www.youtube.com/watch?v=Kuwdw7KmGwA



